ocena miejsc: 4.6 / 23
  •  

(Nie)prawdziwa Portugalia?



odwróć kolory tekstu i tła

Algarve? Co dla nas oznaczało? Tygodniową podróż po południowej części Portugalii. Od najbardziej wysuniętego krańca na południowy-zachód, przez centralną jego część. Ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Z plażowaniem i zwiedzaniem. Z poznawaniem typowo portugalskich przysmaków oraz będąc poddanym międzynarodowej kuchni. Tydzień, który niewątpliwie z chęcią rozciągnęlibyśmy na dłużej...

Kiedy pojechaliśmy?

Do Portugalii polecieliśmy na przełomie czerwca i lipca, kiedy to pogoda wchodzi w decydującą falę upałów, a ceny powoli obowiązują dla okresu "high season". Ostatecznie w obu przypadkach nie było tak źle. Za oknem było przyjemne 30-35 stopni Celsjusza, które nie było tak bardzo odczuwalne, dzięki dogodnemu położeniu Faro oraz Lagos, które są obmywane przez chłodne prądy oceaniczne. Orzeźwiający powiew bryzy czuliśmy nie tylko w miastach, ale również na plażach. Co nie zmienia faktu, że słońce wbrew pozorom potrafiło mocno opalić.

Gdzie się zatrzymaliśmy?

Przed wylotem nie mieliśmy zarezerwowanego żadnego noclegu. Tę kwestię rozwiązaliśmy po dotarciu do Faro. Wizyta w Informacji Turystycznej, kilka wskazówek od przedstawiciela IT i ruszyliśmy na spacer w poszukiwaniu kwatery. Przechadzka nie okazała się zbyt długa, gdyż dość szybko trafiliśmy na pensjonat Tivoli prowadzony przez Angielkę. Skromny pokój z umywalką i prysznicem, balkon, wiatrak, telewizor. Dodatkowym plusem pensao było dogodne położenie względem głównych atrakcji miasta. Choć trzeba przyznać, że za oknem skutecznie hałasowały przejeżdżające auta oraz lądujące samoloty.
Natomiast w Lagos szczęśliwym trafem spotkaliśmy starszego jegomościa, który zaoferował nam wynajem pokoju. Ścisłe centrum, ale jednocześnie spokojne - bez hałaśliwych lokali oraz tłumów turystów przechadzających się pod oknami. A pokój? W pełni wyposażony - łazienka, lodówka, mikrofala, telewizor i inne drobiazgi typu sztućce, szklanki, żelazko. Dodatkowo sporych rozmiarów taras. A wszystko za 30 euro za noc.

Bogatą ofertę noclegową znajdziesz na  booking.com.
Alternatywę stanowi serwis AirBnB. Zapisz się i odbierz żniżkę na swój pierwszy nocleg z AirBnB  podczas swoich podróży w nieznane.
 

Region Algarve słynie z pięknych plaż. (foto: wnieznane.pl)

Co zwiedziliśmy?

Naszym startem i jednocześnie metą pobytu w Portugalii było Faro, więc naturalnym było zwiedzanie tej miejscowości, a także okolicznych wysp sprzyjających wypoczynkowi. Celem bliższego poznania regionu Algarve wybraliśmy się również do Lagos, miejscowości z malowniczymi plażami. Stamtąd jjuż rzut beretem do Sagres, którego symbolem jest fort. Kilka kilometrów dalej znajduje się najbardziej wysunięty kraniec Portugalii, czyli Cabo de Sao Vincente. Warto również wybrać się do mniejszych miejscowości ulokowanych w głębi lądu. Nasz wybór padł na Loulé nieopodal Faro. Celowo odpuściliśmy natomiast wizytę w ośrodkach turystyki masowej jak Portimao czy Albufeira.

(Nie)prawidziwa Portugalia?

Algarve i Faro. Faro i Algarve. Od zawsze ten region jawił się jako piękny, piaszczysty, słoneczny, zaciszny, spokojny. Stopień oblężenia przez angielskich, niemieckich, hiszpańskich, po prostu zagranicznych turystów, wydawał się owszem dość wysoki, ale nie na tyle, aby uprzykrzać wypoczynek oraz zwiedzanie w południowej części Portugalii. Rzeczywistość okazywała się momentami brutalna. Oczywiście znaleźliśmy miejsca pełne uroku, nieograniczone przestrzenią, ciche, wręcz wymarzone do całkowitego odcięcia się od rzeczywistości i problemów, które gdzieś kołatały się w głowie. Niemniej jednak Algarve to również kurorty, w których można się poczuć niemal jak w brytyjskiej kolonii. Ale po kolei...

 

 

Warszawskie lotnisko i około 180 osób oczekujących na odlot do Faro. Mogę jedynie przypuszczać, że 95% uczestników lotu miała po prostu wykupione wycieczki w jednym z biur podróży, w którym nabyliśmy sam przelot czarterem. Rodziny z dziećmi, młodzi spragnieni all inclusive, grupy znajomych oraz starsze osoby, po których widać, że już się w życiu napracowali i teraz mają możliwości finansowe, aby pozwolić sobie na odpoczynek w jednym z licznych hoteli u wybrzeża Portugalii. I tak co kilka, może kilkanaście minut... Na niebie nad Faro co i rusz pojawiały się maszyny różnych przewoźników, na pokładach których znajdowali się spragnieni wypoczynku. A później? W podstawiony autobus i do hotelu. Bus - hotel. Bus - hotel. Następny proszę... Nie twierdzę, że to złe, ale już na początku pobytu działało to na wyobraźnię, jak Algarve jest popularnym regionem.

Na początek - Faro

Paradoksalnie w samym Faro nie odczuliśmy minusów masowej turystyki. Wręcz przeciwnie. To największe miasto regionu Algarve, które na co dzień zamieszkuje ponad 30 tysięcy osób, przyjęło nas bardzo serdecznie i ciepło, w dosłownym słowa tego znaczeniu. Na termometrze oscylowało przyjemne 30 stopni Celsjusza, dodatkowo smagane przyjemną bryzą znad Atlantyku. Uprzejmy pracownik Informacji Turystycznej cierpliwie odpowiadał na nasze pytania, wskazał kilka miejsc noclegowych. W efekcie, dość przypadkowo trafiliśmy do pensjonatu prowadzonego przez Sally. Angielkę, która swą uprzejmością i życzliwością mogłaby obdzielić wiele osób.

Faro jak na dłoni. (foto: wnieznane.pl)

Faro nie jest rozległym miastem, ale spokojnie można wyróżnić dwie części - historyczną za murami oraz okoliczne uliczki z restauracjami, butikami, położoną 5-10 minut spacerem od portu, a także pełniącą funkcje typowo mieszkaniowe - blokowiska, centra handlowe itp. My kręcimy się po tej pierwszej. Zaglądamy za wspomniane mury, w których kształtował się charakter dzisiejszej stolicy Algarve. Wchodzimy do wnętrz Katedry, podziwiamy panoramę miasta z wieży, snujemy się leniwymi uliczkami, wychodząc przez bramę, na której gniazdko uwiły sobie bociany. W parkach, na ławeczkach przesiadują wiekowi już mieszkańcy, którzy mimo upału przyodziani są w sweterki, koszule z długim rękawem oraz spodnie w kant. Obserwują, dyskutują, leniwie trwonią czas. I trudno się dziwić, bo uczucie przyjemności ogarnia nas podczas śniadań na świeżym powietrzu, z aromatyczną kawą, kruchym rogalem, słodkim ciasteczkiem. Chwila, którą można rozciągać w nieskończoność. Jednak, żeby nie było aż tak sennie i spokojnie, staramy się czerpać z pobytu w Faro. Sprzyja temu pogoda, która wręcz zachęca do plażowania. Do wyboru mamy trzy opcje - miejska plaża w okolicach lotniska (dojazd miejskim autobusem), a także dwie wyspy - Farol oraz Deserta. Obie oddalone o 45 minut płynięcia promem od portu. I choć przedzielone są jedynie sztucznie utworzonym kanałem, to mimo wszystko różnią się od siebie. Pierwsza, z cieplejszą wodą, zabudową, knajpkami, a także większą liczbą odpoczywających. Druga to zaledwie jeden punkt gastronomiczny, chłodniejsza woda i niemal bezludna przestrzeń. Zażywających słonecznych kąpieli jest jak na lekarstwo. Toteż z chęcią idziemy brzegiem morza, po rozgrzanym piasku, żeby nie mieć nikogo w promieniu kilkunastu, a może i nawet kilkudziesięciu metrów.
Niestety, tego typu plażowanie bywa zdradliwe. Niby temperatura oscylowała w okolicach 30 stopni Celsjusza, niby to nie jest morderczy upał, ale słońce w drugiej połowie czerwca jest już naprawdę ostre. I złudny jest ten przyjemny, orzeźwiający powiew znad oceanu. Bez odpowiednich kremów z wysokim filtrem poparzenie skóry, a także ból głowy gwarantowane! Oczywiście możemy się chłodzić w wodzie i to dosłownie, gdyż brzegi Portugalii są obmywane przez chłodne prądy morskie.

Piękne nabrzeże Ilha do Farol. (foto: wnieznane.pl)

Przy okazji kilkugodzinnego pobytu na obu wyspach mamy okazję zaznajomić się z terenem Parku Narodowego, jakim jest Ria Formosa. Laguny porośnięte niską roślinnością tworzą rozległą sieć przesmyków, kanałów, które oczywiście możemy zwiedzać z przewodnikiem. Miejscowe biura podróży oferują rejsy trwające 2,5 godziny, ale odpuszczamy tego typu przyjemności. To co widzimy zza burty promu w zupełności nam wystarcza. Tym bardziej, że jedna z atrakcji Parku, czyli flamingi, o tej porze praktycznie są niespotykane, o czym dowiedzieliśmy się od naszej gospodyni.

Kierunek Lagos

Faro to nie tylko główny port lotniczy Algarve, ale również miasto dobrze skomunikowane pod względem połączeń autobusowych. Podczas naszej podróży zajrzeliśmy do pobliskiego Loulé, o czym... później, gdyż najpierw poznaliśmy smak kurortowego Lagos. Oczywiście pojechaliśmy tam bez specjalnego rozeznania odnośnie noclegów, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Podróż autobusem trwała ze dwie godziny, ale tym sposobem chociaż zza szyby poznaliśmy smak Portimao czy Albufeiry. Zza okien widzieliśmy te pola golfowe, na których swe umiejętności sprowadzają nawet najbardziej wprawieni gracze. A na miejscu? Zrobiliśmy kilkadziesiąt kroków, po czym zagadnął nas starszy jegomość. Mimo upału, ubrany jak przystało - spodnie w kancik, koszula, choć z krótkim rękawem. Niemniej jednak, trzymał fason. Trudno, żeby było inaczej, skoro miał już 78 lat na karku. Jednak nie na temat jego urody należy się rozwodzić... Mianowicie, kilka minut od głównego terminala mieścił się pokój do wynajęcia. Było w nim wszystko, czego potrzebowaliśmy, a nawet coś ponadto - taras z widokiem na dachówki kamienic. A wszystko za śmieszne pieniądze. Bierzemy!

Właściciele okazałych jachtów chętnie ściągają do Lagos. (foto: wnieznane.pl)

Urok związany z poznaniem starszego pana szybko mija, gdy wychodzimy na ulice, gdy zaczynamy mijać te wszystkie knajpki, gdy dochodzą do nas głosy rozmów. Zaraz, zaraz - czy nie jesteśmy przypadkiem w Anglii? Biała kreda na czarnych tabliczkach z menu zaprasza na english breakfast. Co chwila spotykamy ludzi rozmawiających w narzeczu Szekspira. Do restauracji jesteśmy zapraszani przez chłopaka z typowo brytyjskim akcentem. O tym, że jesteśmy w Portugalii przypomina jedynie sklep w barwach narodowych. Uciekamy z tego zgiełku do kościoła połączonego z miejscowym muzeum. To Igreja de Santo António. Trzeba przyznać, że nie brakuje sal, eksponatów, które skutecznie przykuwają uwagę. Jak choćby korkowy ołtarzyk.
Kręcimy się jeszcze po ścisłym centrum, żeby ruszyć poza historyczne mury, gdzie od razu trafiamy na Fortaleza do Ponte da Bandeira, czyli XVI-wieczną fortecę, obok której nie brakuje amatorów słonecznych kąpieli. Jednak nie mamy zamiaru się tu rozkładać. Naszym celem jest Praia Dona Ana. To chluba Lagos, to chluba Algarve, która regularnie trafia na pocztówki i do katalogów. I w sumie nie ma się co dziwić. Pięknie schowana między skałami, na swój sposób kameralna, choć pełna plażowiczów. Na turystów czeka właściciel łódki, który zaprasza do zwiedzania tutejszych jaskim wydrążonych przez fale oceanu. My preferujemy dość bierny odpoczynek połączony z przechodzeniem do sąsiednich plaż - to górą, gdzie mamy okazję podziwiać okolicę. To dołem, uważając na fale i skały.

Piękna linia brzegowa przy Praia Dona Ana. (foto: wnieznane.pl)

Wieczorem do naszych uszu docierają gitarowe brzmienia, śpiew... Jest niedziela, tu się świętuje noc św. Jana. Nie musimy być pod sceną. Wystarczy, że siedzimy na tarasie, racząc się miejscowymi browarkami, które skutecznie gaszą pragnienie, a portugalskie brzmienia wlewają się nam prosto do uszu.

Jednak nie tylko wspomniane ścisłe centrum opasane murami i plaże to miejsca warte odwiedzenia. Będąc w Lagos zaglądamy również do tutejszej mariny. Wypasionych jachtów, łódek zapierających dech w piersiach co prawda nie ma, ale i tak jest na co popatrzeć. Portowi towarzyszą restauracje, knajpki, w których prym wiodą... oczywiście angielskie specjały z produkcjami piwnymi na czele. Masz chęć obejrzeć mecz Premiership? Proszę bardzo. Od razu przychodzi do głowy refleksja i żal, że zamiast typowo portugalskiego miasteczka, mamy kurort wyglądający jak brytyjska kolonia na terytorium Algarve.

Na krańcu Europy...

Niewątpliwie plusem położenia Lagos jest fakt, że stąd to już niemal rzut beretem do Sagres. A jak Sagres, to i Cabo do Sao Vicente, czyli najbardziej wysunięty na południowy-zachód kraniec kraju. Nie możemy przepuścić takiej okazji i łapiemy miejscowy autobus jadący w tamtym kierunku. Dobra godzina jazdy i jesteśmy na miejscu. Sagres sprawia wrażenie wyludnionego. Nawet nie ma nikogo w informacji turystycznej, kto mógłby udzielić jakiejkolwiek rady, wskazówki. Na rozległym i pustym placu siedzi tylko Henryk Żeglarz. Człowiek-legenda, symbol tychże rejonów. Cel? Zobaczyć słynny fort oraz wspomniany już przylądek. Najpierw idziemy, jak nam się wydawało, w stronę ścisłego "centrum”. Właśnie, wydawało nam się, gdyż docieramy do części portowej. Kilkanaście metrów dalej autobus robił nawrotkę. Pięknie! Ciche, spokojne miasto pełne wolnych pokoi na wynajem, a także sklepów dla... surferów. Jakże odmienne oblicze w porównaniu do głośnego i kosmopolitycznego Lagos. Wszystko ładnie, sympatycznie, ale nasze cele nadal nie zostały zrealizowane. Wyczekujemy autobusu, który w kilka minut dowozi nas do Cabo de Sao Vicente.

Fale morskiego oceanu obmywają potężne klify wzdłuż Cabo de Sao Vicente. (foto: wnieznane.pl)

Dumny kraniec Europy, który to już z kolei... Można odnieść wrażenie, że wszystko co jest najbardziej wysunięte w tym kraju w jakikolwiek sposób, nosi to miano. Kilka lat wcześniej byliśmy na Cabo da Roca, nieopodal Lizbony i trzeba przyznać, że to miejsce jest po prostu inne. Ot, latarnia morska, kilka straganów, muzeum i... w zasadzie to wszystko. Żadnej tabliczki, współrzędnych, cokolwiek co zatrzymałoby turystów na nieco dłużej. Najwidoczniej ktoś wyszedł z założenia, że natura już zrobiła swoje, aby przyciągać tu ludzi jak magnes. I trzeba przyznać, że coś w tym jest, bo przyroda aż zapiera dech w piersiach. Ostro ciosane skały urwane majestatyczne na wysokości 50 metrów, o które roztrzaskują się fale oceanu. I ten bezkres, te nieokiełznana i bezgraniczna przestrzeń! Piękne! Aż nie chce się wracać do autobusu, którego kierowca dał wszystkim 20 minut. "Pan wybaczy, ale my tu jeszcze zostaniemy” - stwierdzamy zgodnie, nie zważając na to, że kolejny transport jest dopiero za dwie godziny.

Oczywiście nie mamy zamiaru czekać bezczynnie. Ruszamy z buta w drogę powrotną do Sagres. Przed nami 7 kilometrów marszu. Tyle nas dzieli do fortu. Nasz powrót nieznacznie się wydłuża, gdyż co chwila odbijamy z asfaltowej szosy w stronę skał, w stronę klifów, w stronę urwisk. Gdzieś w oddali surferzy łapią fale oceanu, co z góry wygląda naprawdę efektownie. Zachwytom nie ma końca! I choć z nieba leje się żar, to nie żałujemy choćby przez moment, że zdecydowaliśmy się na taki powrót.


W końcu docieramy do naszego drugiego celu. Przed nami Fortaleza de Sagres. Niestety, z oryginalnej budowli pozostało niewiele, ale mimo wszystko wchodzimy do środka. Za grubymi murami na zwiedzających czeka XVI-wieczna kapliczka, rozległa róża wiatrów o średnicy 43 metrów. Spacerując Ponta de Sagres czujemy, że gdzieś unosi się duch Henryka Żeglarza – autora pierwszej akademii morskiej na świecie. Robimy rundkę po terenach wchodzących w skład fortu. Gdzieś na skałach usadowili się wędkarze, którym przyglądamy się przez chwilę, zachodząc w głowę, jakich technik używają, skąd wiedzą jak zarzucić, aby żyłka podmuchem wiatru nie wylądowała w skałach? Kiedy zaciąć, żeby wyłowić piękny okaz? Wiadomo, wędkarzom się nie przeszkadza, więc pozostając bez odpowiedzi opuszczamy fortalezę. Kilkukilometrowy spacer kończymy pod parasolem jednego z lokali. Zimne piwo, nota bene Sagres, skutecznie gasi pragnienie. Jeszcze kilka minut i jest nasz autobus do Lagos. W czasie podróży przycinamy komara. Drzemkę przerywa donośny głos kierowcy - "Lagos! Lagos!” powtarza kilka razy, aż skutecznie wybudza nas ze snu.

Z przerwą na Hiszpanię

To już nasze ostatnie godziny w Lagos. Na tydzień opuszczamy Portugalię, żeby posmakować trochę Hiszpanii. Pierwotnie myśleliśmy o wynajmie auta, ale ceny, a także dodatkowo płatne ubezpieczenie za przekroczenie granicyskutecznie powstrzymują nas od tej decyzji. Zamiast tego wybieramy połączenie autobusowe. Z Lagos bez problemu dojedziemy nawet do Sevilli, ale nasz wybór pada na Huelvę. O naszym pobycie w Sewilli oraz podróży po Andaluzji w innej relacji.

 

Minął tydzień, intensywny tydzień zwiedzania Huelvy, Araceny, Sewilli, Cordoby, Marbelli, Rondy, Gibraltaru, Kadyksu, Jerez oraz mniejszych miejscowości... Ponownie jesteśmy w Faro. Czas odlotu do Polski zbliża się nieubłaganie. Dookoła nas nie ma już klimatu Lagos. Wiecie, tego hucznego, tego imprezowego, tego kosmopolitycznego. Jest zdecydowanie spokojniej, choć nadal to turystyczna destynacja. Ponownie zatrzymujemy się w pensao prowadzonym przez Sally. Właścicielka sugeruje nam kilka miasteczek, w których zaznamy nieco portugalskiego klimatu. Nasz wybór pada na pobliskie Loulé.

Na pożegnanie do Loulé

Choć Loulé oddalone jest od Faro o kilkanaście kilometrów, to nasza podróż trwa dobre trzy kwadranse. Autobus nieco kluczy, to tu, to tam, dzięki czemu mieliśmy okazję zobaczyć stadion zbudowany na Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2004 r. W końcu wylewamy się na rozgrzany od słońca chodnik. Od czego by tu zobaczyć... Gdyby była sobota, to pewnie ruszylibyśmy na słynny targ. Nic z tego, dzisiaj mamy dzień powszedni. Idziemy więc jedną z głównych ulic w kierunku tutejszego muzeum. W zasadzie to jest... 3 w 1! Na zwiedzających czeka część muzealna z eksponatami z czasów rzymskich. Dodatkowo możemy zobaczyć jak w XIX wieku funkcjonowała typowa wiejska kuchnia - odtworzone meble, postacie, narzędzia codziennego użytku. Jednak nie ma to jak wdrapać się na mury zamku. To właśnie stąd podziwiamy dachówki domów. Z wieży czas zejść na poziom chodnika. Snujemy się po miasteczku, docierając do zamkniętych kościołów, do Banhos Islâmicos, czyli ruin muzułmańskiej łaźni. Nasz pobyt w Loulé kończymy w jednym ze sklepów. Co jak co, ale ten region akurat słynie z ręcznych wyrobów ceramicznych. Miseczki, talerzyki, kubki, pięknie zdobione, starannie malowane. W oczach się mieni. Co tu wybrać? A do tego jeszcze bransoletki oraz inne wyroby z korka. Rozmawiamy ze sprzedawcą, który uchyla nam rąbka tajemnicy opowiadając o rodzinach, o inspiracjach, o nawiązaniach do historii, wskazując na wybrane przez nas produkty. Aż dziw bierze, że z pozoru zwykła miseczka może mieć jakieś ukryte, dodatkowe znaczenie.

Mury XIX-wiecznego zamku w Loule. (foto: wnieznane.pl)

Dwa tygodnie w mieszance portugalsko-hiszpańskiej mijają jak z przysłowiowego bicza strzelił. Algarve ukazało swe typowo turystyczne oblicze. Szczególnie Lagos, gdzie można było się poczuć wręcz nienaturalnie, obco, a przecież ominęliśmy szerokim łukiem podobne Portimao oraz Albufeirę. Niemniej jednak region dał się poznać również z tej lepszej, piękniejszej, naturalnej strony - Praia Dona Ana, Sagres oraz potężne klify przy Cabo de Sao Vicente. A przecież nie można zapominać o wyspach Deserta oraz Farol. Faro, a raczej region Algarve zasiał w nas ziarno zaciekawienia, bo przecież nie pojechaliśmy w głąb lądu do innych miasteczek. Na swój sposób zainspirowało, zaprosiło nas ponownie do siebie, abyśmy następnym razem poznali te mniej popularne, mniej turystyczne, a bardziej prawdziwe oblicze. Wszystko wskazuje na to, że nie odrzucimy tego zaproszenia...

 

PiJ, czerwiec / lipiec 2013r.




Jeśli dotarliście aż do tego miejsca - dziękujemy za poświęcony czas! :-) Jeżeli macie go trochę więcej i zastanawiacie się gdzie pojechać... zapraszamy do przeczytania relacji i objerzenia zdjęć z innych naszych wypraw:
Wenecja •  Kopenhaga •  Liverpool •  Wilno i Troki •  Ateny •  Barcelona •  Brno •  Rzym i Watykan •  Mediolan •  Kijów •  Edynburg •  Palanga i Lipawa •  Ronda •  Kreta •  Bodrum •  Piza •  Stambuł •  Segowia •  Malta •  Andaluzja •  Sewilla •  Gozo •  Toledo •  Cypr •  Chalkidiki •  Mykonos •  Florencja •  Budapeszt •  Czarnogóra •  Lizbona •  Thassos •  Trondheim •  Zakynthos •  Londyn •  Dublin •  Rodos •  Costa de la Luz •  Bretania •  Katalonia •  Beauvais •  Bergamo •  Kordoba •  Bratysława •  Gandawa •  Haarlem •  Peloponez •  Chorwacja •  Chopok •  Kusadasi •  Jerez de la Frontera •  Wiedeń •  Fatima •  Buenos Aires •  Madryt •  Gibraltar •  Santorini •  Kadyks •  Brugia •  Fethiye i Oludeniz •  Praga •  Salzburg •  Korfu •  Argentyna •  Paryż •  Irlandia •  Bruksela •  Saloniki •  Włochy Północne •  Wyspy Kanaryjskie
  Algarve - pogoda:
Dziś, 23 września 2017
+26°  / +20°
Słonecznie

wiatr: S 13 km/h
ciśnienie: 1017 hPa
wilgotność: 57%
zachmurzenie: 0%
opady: 0.0 mm/h

Niedziela, 24 września 2017
+26° C    /  +21° C
Słonecznie
wiatr: SW 17 km/h
opady: 0.0 mm/h

Poniedziałek, 25 września 2017
+28° C    /  +20° C
Słonecznie
wiatr: W 12 km/h
opady: 0.0 mm/h

Wtorek, 26 września 2017
+28° C    /  +20° C
Słonecznie
wiatr: NW 14 km/h
opady: 0.0 mm/h

Środa, 27 września 2017
+27° C    /  +20° C
Słonecznie
wiatr: SSE 10 km/h
opady: 0.0 mm/h