ocena miejsc: 4.8 / 40
  •  

Miasto nie od parady



odwróć kolory tekstu i tła

Z czym się najczęściej kojarzy Dublin? Z zielonym kolorem, św. Patrykiem, piwem Guinness... Czymś jeszcze? Kilka dni spędzonch w stolicy Irlandii zdecydowanie poszerzyło liczbę skojarzeń. I są one jak najbardziej pozytywne!

Kiedy pojechaliśmy?

Do Dublina polecieliśmy w połowie marca. Nie jest to wymarzony termin, jeśli głównym czynnikiem ma być pogoda. Może nie jest zbyt ciepło o tej porze, niemniej jednak miasto tętni, a głównym sprawcą tego zamieszania jest św. Patryk, którego dzień przypada na 17 marca. Nieco z przypadku, nieco z konieczności, traf chciał, że zawitaliśmy na zieloną wyspę właśnie w tym okresie.

Gdzie się zatrzymaliśmy?

Nie hotel ani hostel, ani także pokoje gościnne były naszą bazą noclegową. Tym razem skorzystaliśmy z uprzejmości naszych znajomych, którzy od kilku lat żyją i pracują w Irlandii. Oprócz dachu nad głową, otrzymaliśmy sporą porcję ich doświadczeń, wskazówek, ale przede wszystkim serdeczności! Była też okazja do wspólnego wypadu na zachód kraju, o czym napisaliśmy w osobnej relacji - tutaj.
Alternatywę stanowi serwis AirBnB. Zapisz się i odbierz żniżkę na swój pierwszy nocleg z AirBnB  podczas swoich podróży w nieznane.

Co zwiedziliśmy?

Przed wyjazdem mieliśmy kilka żelaznych punktów, które chcemy zobaczyć. Czołowe miejsca zajmowały m.in. muzeum browaru Guinness, słynąca z produkcji whiskey destylarnia Jameson, typowo irlandzki pub w dzielnicy Temple Bar, a także klasyczne zabytki, jak Trinity College z biblioteką skrywającą w swych murach słynną Book of Kells, katedra św. Patryka czy dawne więzienie – Kilmainham Gaol. Ku naszej uciesze, każde z tych miejsc udało się odwiedzić. Ponadto wzięliśmy udział w paradzie z okazji Paddy's Day, łapaliśmy oddech w Phoenix Park, zajrzeliśmy na O'Connell Street, szwendaliśmy się wzdłuż rzeki... I mówiąc szczerze, tych kilka dni to nieco za mało czasu, żeby na spokojnie poznać uroki stolicy Irlandii.

Miasto nie od parady

Od pewnego czasu po głowie chodziły myśli o wyjeździe na Wyspy Brytyjskie... Nie, nie do pracy, lecz w celach turystycznych. Może Londyn? Może Manchester? Może Glasgow i Edynburg? Piłka nożna, piwo, zamki, katedry, architektura. Myśli odchodziły niezrealizowane, to wzbierały na sile i ponownie schodziły na dalszy plan. Istna sinusoida, której kres nastąpił wraz z ostateczną decyzją. Jedziemy do Dublina. Sprawę zdecydowanie ułatwili nasi bliscy znajomi, którzy od kilku lat żyją w Irlandii. Od słów, zaproszeń, obietnic, w końcu przeszliśmy do czynów.

Kupując bilety lotnicze nie patrzyliśmy zbytnio w kalendarz. Z różnych względów marzec był optymalnym dla nas terminem. Oczywiście wiadomym było, iż wówczas nie ma co liczyć na ciepłe dni z błękitnym, bezchmurnym niebem. Nie to miejsce, nie ten czas. Wówczas schodziło to na dalszy plan. I dopiero później dotarło do nas, iż w czasie naszego pobytu całą Irlandią zawładnie św. Patryk i jego wyjątkowy dzień przypadający na 17 marca. To dodawało smaczku naszej wycieczce.

Mały rekonesans

Z zaznajomieniem się stolicą zielonej Wyspy nie czekaliśmy do wspomnianego święta. Dojeżdżając z oddalonego o 40 minut jazdy pociągiem Balbriggan, zaczynamy poznawać uroki miasta. Nieśmiałe przechadzki po ścisłym centrum, spacer po Abbey Street, spotkanie z podpartym Jamesem Joyce'em. Na O'Connell Street oglądamy niczym wystrzeloną w niebo Spire of Dublin. 300-metrowa iglica jest dla niektórych mieszkańców symbolem... rozrzutności miasta. Dość surowe z zewnątrz, ale właśnie takie, jakich się spodziewaliśmy - kamienice z drzwiami w różnych odcieniach, co nieco przypomina nam amsterdamskie domy. Czerwień, czerń czy zieleń współgra z ceglastą fasadą. Niemal na każdym rogu irish puby, w których serwuje się pintę Guinnessa. Zakupowe szaleństwo? Nie myślimy o tym, ale fanów mody zapraszają domy handlowe Penneys, Claris czy Jervis. Zamiast przemierzać ruchome schody, robimy ruch w stronę rzeki Liffey. Co i rusz trafiamy na przerzucone mosty, z Ha'penny i Grattan na czele.

Nad brzegiem rzeki Liffey. (foto: wnieznane.pl)

Dzień św. Patryka

Dublin zaczynamy poznawać na dobre od wspomnianego Dnia św. Patryka. Początek parady zaplanowano na samo południe. Zielona fala ludzi sunie od Connolly Station w kierunku O'Connell Street. Wszyscy w zielonych kapeluszach, szalikach, bluzach lub innych akcentach nawiązujących do Irlandii. Barwny korowód płynie wydzieloną arterią. Z obu stron tłoczący się ludzie machają, pozdrawiają, robią zdjęcia, po prostu oglądają. Co chwila ktoś rozstawia drabinę, wdrapuje się na latarnię, szuka lepszego miejsca, by pomóc podziwiać paradę. Paradę, która w 2014 roku nawiązuje do przeszłości. Są odniesienia do historycznej bitwy, a także do legend. Całość urozmaicają zagraniczne orkiestry, grupy teatralne oraz tancerze. Co i rusz obserwujemy wszelkiego rodzaju konstrukcje – a to łódź w stylu wikingów, a to rumak, a to kwieciste serce, ogromny zegar czy butla skrywająca miksturę. Wszystko wymaga ogromu talentu, a także ciężkiej pracy. Oczywiście nie może zabraknąć muzyki, tej śpiewanej na żywo, tradycyjnej, a także współczesnej.

Nie ma co ukrywać, iż dzień św. Patryka to dość ciekawe doświadczenie. Zarówno pod kątem samej parady, która trwa około półtorej godziny, ale również w ujęciu społecznym. Po zakończeniu pokazów zdecydowana większość rusza w kierunku dzielnicy Temple Bar, żeby rzucić się w wir świętowania, opływając we wszelkiego rodzaju trunki, z piwnymi na czele. To również okazja, żeby upolować sobie faceta. Przynajmniej tak wynika z obserwacji młodych, niekoniecznie urokliwych niewiast, które liczą, że w ten dzień, w tę noc zaśpiewają... "Zielono mi".

Podczas parady w 2014 r. nie brakowało nawiązań do przeszłości. (foto: wnieznane.pl)

Kierujemy się na południowy brzeg rzeki Liffey, na który docierają również dźwięki muzyki spod Custom House. Tam zabawa trwa w najlepsze. Istne wesołe miasteczko! Na horyzoncie zarysowują się kształty mostów Seán O'Casey i Samuel Beckett, ale do nich wrócimy innym razem, po zmroku, kiedy zyskują dodatkowy urok. Zamiast tego odbijamy w stronę Pearse Street. Mijamy po lewej kompleks Trinity College i wyłania się przed nami gmach Bank of Ireland, w którym niegdyś swą siedzibę miał rząd. Płynnie przechodzimy w Dame Street, po której zamiast autobusów i aut poruszają się ludzie. Radośni, zataczający się, nieco hałaśliwi, ale jak może być inaczej, skoro dziś jest Paddy's Day? Nie możemy odmówić sobie zajrzenia do Temple Bar, gdzie koncentruje się zabawa. Pod słynnym i legendarnym The Temple Bar kłębią się nieprzebrane tłumy. W zasadzie wszędzie, gdzie jest jakiś pub, na chodnik wylewają się ludzie z browarami w dłoniach.

Zdecydowanie spokojniej jest na drugim brzegu. Idziemy wzdłuż rzeki, mijając siedzibę Four Courts. W okolicach Church Street, Mary's Abbey czy Abbey Street niby mijamy ludzi z irlandzkimi akcentami, ale ma to już mniejsze nasilenie niż to, czego byliśmy świadkami.

Na Temple Bar zabawał była na całego! (foto: wnieznane.pl)

Od Trinity College...

Dzień później miasto odzyskuje swój rytm. Po O'Connell Street suną już piętrowe autobusy. Posprzątane, sklepy czynne, życie Dublina w pełni. Jedynie w The Porterhouse, do którego zaglądamy, obsługa jest zdecydowanie wczorajsza. - Jak się czujesz po dniu św. Patryka? - pytam kelnerkę. - Oh, to był bardzo ciężki dzień – odpowiada, choć tak naprawdę wyraz jej twarzy mówił wszystko. Na zagubionego wygląda również barman, u którego bierzemy cztery wyroby mikro-browaru na wynos, bo należy pamiętać, iż The Porterhouse to nie jest do końca taki zwykły pub, w którym napijemy się piwa i zjemy irish stew. To lokal, który produkuje własne trunki i co ważniejsze, wyśmienite! Darujemy sobie listę ich browarów, polecając Plain Porter oraz Hop Head.

 

Jednak ten dzień to nie tylko przesiadywanie w lokalu pełnym butelek piwa z całego świata. Zaczęliśmy od Trinity College Dublin. Tutejszy uniwersytet to ponad 400 lat historii i tradycji, o której się przekonujemy podczas zwiedzania z przewodniczką. Od słowa do słowa i okazuje się, iż miała okazję zawitać do Polski i z grupą studentów z Poznania pojechać na Mazury. Chyba nie muszę dodawać, jak bardzo była zachwycona polskimi jeziorami, naturą, a także pysznym jedzeniem.

Na dziedzińcu Trinity College Dublin. (foto: wnieznane.pl)

Na terenie TCD wysłuchujemy encyklopedycznych faktów, a także studenckich anegdot. Dowiadujemy się o historii poszczególnych budynków – kaplica, teatr, dzwonnica czy Printing House. Ponadto dostajemy cynk, że warto zajrzeć do wnętrz Wydziału Geologii i Geografii. Łatwo go rozpoznać, gdyż jego fasada zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych. Pół godziny mija dość szybko i teraz już można udać się do upragnionej Old Library, skrywającej w swych wnętrzach słynną księgę z Kells. Chętnych do zawitania do Starej Biblioteki nie brakuje. Mając ze sobą bilet wstępu, omijamy kolejkę. Od razu trafiamy na wystawę poświęconą Book of Kells. Plansze, multimedia, gabloty. Cały alfabet pięknie kaligrafowany! Od A do Z. Jest i również manuskrypt! I jeszcze creme de la creme, czyli Długi pokój. 64 metry długości i kilka w górę. Po obu stronach ciągnące się półki z książkami. Wspaniały efekt! Nawet nie chcemy myśleć ile potrzebowalibyśmy czasu, żeby zaznajomić się choćby z jednym regałem książek. Zachwyceni robimy kolejne kroki, rzucamy okiem na wystawę poświęconą muzyce, choć tak naprawdę najważniejsza z tego wszystkiego jest wiekowa harfa. Mówi się, iż uchodzi za najstarszą w kraju. Piękny symbol Irlandii.

Klimatyczny Długi Pokój w Old Library. (foto: wnieznane.pl)

Kończymy zwiedzanie Old Library i jeszcze zaglądamy na moment na wspomniany Wydział Geologii i Geografii. Szczerze? Aż chciałoby się studiować w takich wnętrzach. Piękne sklepienia, łuki, lampy, kamień. Cofam się pamięcią o kilka lat, kiedy sam uczęszczałem na Wydział Geografii i Studiów Regionalnych rodzimego Uniwersytetu Warszawskiego i siłą rzeczy pojawia się drobna nutka zazdrości.

...przez kościoły...

Wracamy na Dame Street, żeby spokojnie dotrzeć do Christ Church Cathedral. Po drodze mijamy siedzibę Central Bank of Ireland. Po lewej wyłania się Ratusz, a następnie kompleks Zamku Dublińskiego. W końcu jesteśmy przy katedrze kościoła Chrystusowego, z którym sąsiaduje Dublinia. Oba budynki połączone są łukiem nad Winetavern Street. Zamiast poznawać przeszłość miasta oraz kraju, kierujemy się do wnętrz świątyni uchodzącej za jedną z najstarszych w stolicy Irlandii. Styl wyspiarskich świątyń odbiega od choćby krajowych. Nie ma fresków, nie ma malowideł i przepychu. Jest surowo, szaro, ale ma to swój urok. Wyróżnia się posadzka, którą tworzy mozaika. Wzrok przykuwa ambona, a także główny ołtarz. Schodzimy do krypt, w których znajdują się posągi Karola I i Karola II, jednak w tym momencie doznajemy lekkiego szoku, gdyż w Christ Church Cathedral jest również... sklep z pamiątkami oraz kawiarnia. Trzeba przyznać, iż to dość interesujące miejsce na ploteczki.

Christ Church Catherdral. (foto: wnieznane.pl)

Wychodzimy na powierzchnię, wychodzimy na zewnątrz. Nieopodal jest inna ważna dla Irlandczyków katedra – Saint Patrick's Cathedral. Jest nieco młodsza od swej "sąsiadki", bo datowana na przełom XII i XIII wieku, co nie zmienia faktu, że warto do niej zajrzeć. Upamiętnia ona zasłużonych dla miasta i kraju, z Jonathanem Swiftem (byłym dziekanem), prezydentami Douglasem Hydem czy Erskinem Childersem na czele. Jest piękna Lady Chapel, są piękne posadzki, a także flagi rycerskie dawnego Zakonu św. Patryka. Przy śpiewach kościelnego chóru obchodzimy całą świątynię, w której... również można kupić pamiątki, a i z toalety można skorzystać.

...do Guinnessa

Za nami Trinity College, obie świątynie, a także spacer po Dame Street. Czas trochę odetchnąć od tej intelektualnej rozrywki. Kończymy miejską turystykę w Guinness Storehouse. Podjeżdżamy autobusem w okolice St. James's Gate, przy której kłębi się tłumek chętnych na doświadczenia z najsłynniejszym browarem Irlandii. Sprytnym ruchem zostawiamy oczekujących w tyle, przechodząc bezpośrednio do automatu, w którym płacimy kartą zamiast gotówką. Zaoszczędzony czas przeznaczamy na piwną podróż, którą pokonujemy krok po kroku, piętro po piętrze. Każdy z poziomów jest dawką informacji o produkcji i historii piwa. Warto dodać, że dawką podaną w multimedialny i łatwo przyswajalny sposób. Stare maszyny, narzędzia są idealnym uzupełnieniem obrazów, z których ktoś do nas przemawia. Jęczmień potrzebny do produkcji? Proszę bardzo! Niezliczone ilości ziaren dostępne dla turystów. Woda będąca istotnym elementem? Leje się jej szeroki strumień. Informacje o transporcie, o beczkach, o odmianach Guinnessa i wiele więcej... Można tu spędzić w zasadzie cały dzień. Dzień, w którym nie tylko spróbujemy czarnego trunku, ale nauczymy się go sami nalewać, co później pójdzie w świat za pomocą zdjęć, tabletów, Internetu. Certyfikat za odpowiednie lanie piwa w szklanki uzyskaliśmy już w amsterdamskim Heinekenie, więc sukcesywnie zmierzamy na najwyższy poziom do Gravity Bar, którego sufit do złudzenia przypomina kremową piankę. Nieprzebrany tłum ludzi, muzyka, uwijający się barmani, którzy raz po raz leją pintę Guinnessa i widok na Dublin, który jest pięknym zwieńczeniem kilku godzin poznawania miasta, a zarazem całego dnia.

Guinness! Do wyboru, do koloru. (foto: wnieznane.pl)

Prawdopodobnie największy park w Europie

Kolejny dzień, kolejnych kilkanaście godzin przed nami. Wygodnie rozsiadamy się w tramwaju LUAS na Connolly Station. Czerwoną linią ruszamy w kierunku Kilmainham Gaol. Dawniej było to więzienie, a dziś muzeum, które przybliża historię miasta, a także opowiada m.in. o uczestnikach Powstania Wielkanocnego. Jednak nim zaczniemy przechadzać się po jego korytarzach, musimy poczekać na swoją kolej. Tylu chętnych przed nami, że mamy do dyspozycji półtorej godziny. Nie jest to zmarnowany czas. Mijamy główną bramę do Irish Museum of Modern Art i pewnie zmierzamy w stronę Phoenix Park. To jeden z największych, o ile nie największy miejski park w Europie! Idąc ścieżką pełną gazowych latarń, docieramy do charakterystycznego pomniku Wellingtona. Obelisk górujący na rozległej przestrzeni cieszy się zainteresowaniem mieszkańców, których psiaki mogą wybiegać się po wsze czasy. Nieopodal jest wejście do dublińskiego ZOO, jednak nie dla nas dziś odwiedzanie zwierząt w klatkach i na wybiegach. Pomijamy już kwestię cen, które należą do wysokich. Po prostu nie mamy dziś na to czasu. Tak samo jak nie mamy czasu, żeby podejść pod Pałac Prezydencki czy odszukać papieski krzyż upamiętniający wizytę Jana Pawła II w 1979 roku. Cóż, może innym razem? Pora wracać do więzienia.

Wschodnie Skrzydło w Kilmainham Gaol. (foto: wnieznane.pl)

Pozdrowienia do więzienia

Wszyscy gotowi? Zaczynamy. Przewodniczka wyrzuca potok słów. Niby po angielsku, niby człowiek się uczył, to w szkole, to prywatnie, ale... do diabła! Rozumiemy ogólny sens słów, ale żeby wyłapać niuanse, smaczki, anegdotki... Tu już bywa nieco trudniej. Tak czy inaczej, przemierzamy korytarze, zaglądamy do cel, słuchamy o powstańcach. W końcu wchodzimy na Wschodnie Skrzydło, które dotychczas oglądaliśmy na zdjęciach. I trzeba przyznać, że robi wrażenie. Kilka poziomów, cela przy celi, schody na górne piętra w centralnej części. Niby mroczna sceneria i bogata przeszłość miejsca, ale co chwila słychać trzask spustów migawek w aparatach. Po chwili wychodzimy na dziedziniec, na którym dokonano egzekucji, o czym przypomina stosowna tablica. Część irlandzkich bohaterów została upamiętniona w miejskim życiu, jak choćby William Pearse (ulica), Sean Heuston czy James Connolly (dworce).

Potrójnie destylowana

Swoją drogą, mijamy dworzec Heuston w trasie do Old Jameson Distillery. Skoro poznaliśmy smak najsłynniejszego piwa w mieście, to przyszła pora na whiskey. Dwie osoby przed nami wykupują ostatnie wejściówki i zamiast rozpocząć zwiedzanie za 20 minut, czeka nas dwukrotnie dłuższe oczekiwanie na kolejną turę. Nic nie szkodzi. Jest czas na rozejrzenie się po wnętrzach, zrobienie zdjęć, a także zapoznanie się z asortymentem sklepu z pamiątkami. Uwagę przykuwa solidnych rozmiarów butelkowy żyrandol. W końcu pora na wędrówkę po zaułkach destylarni. Na początek – film. Ot, krótki, wprowadzający w odpowiedni nastrój. Następnie kustosz wybiera ośmiu szczęśliwców, którzy na koniec sprawdzą jakość Jameson whiskey na tle "konkurentów". Traf chciał, że znajduję się w tej grupie. Jednak nim zacznie się degustacja, najpierw należy poznać co i jak się robi, że finalnie powstają takie smakołyki! Kustosz z należytym humorem prowadzi nas przez wszystkie procesy, podkreślając na każdym kroku wysoką jakość tutejszej produkcji. Szczerze? Gdy przychodzi co do czego, trzeba oddać bez żadnego ściemniania, że Jameson naprawdę smakuje. Potrójna destylacja robi swoje, czyniąc whiskey łagodniejszą i szlachetniejszą w smaku od szkockich czy amerykańskich konkurentów. Po mniej więcej godzinie kończymy wizytę w OJD. Oczywiście nie obchodzi się bez drobnych zakupów.

Bow Street, czyli Old Jameson Distillery. (foto: wnieznane.pl)

I skoro już jesteśmy przy zakupach, to siłą rzeczy nadchodzi czas, żeby pomyśleć o drobiazgach dla najbliższych. W tym celu najlepiej udać się do jednego z licznych sklepów Carroll's Irish Gift. Od drobiazgów, magnesików, przez kubki, kufle, koszulki, bluzy, poszewki na poduszki z irlandzkimi motywami, po słodycze. Krówki o smaku Guinnessa? Proszę bardzo. Wybór wszelakich rzeczy jest naprawdę spory i każdy coś znajdzie dla siebie.
Lekko obkupieni kierujemy się powoli w stronę Connolly Station. Zostawiamy za sobą dublińskie kamienice, puby, polskie sklepy, miga nam jeszcze iglica, dworzec już coraz bliżej. Peron 7. Nasza stacja docelowa – Balbriggan. W ten sposób kończymy naszą wizytę w Dublinie. Jeszcze tylko poranny wypad do grobowców Newgrange i jedziemy na lotnisko. Irlandia, zielona wyspa znika za chmurami. Witamy w Modlinie.

 

P.S. Odrobina prywaty... Za iście polską i serdeczną gościnę dziękujemy Kasi i Krzyśkowi z dzieciakami!
 

PiJ, marzec 2014




Jeśli dotarliście aż do tego miejsca - dziękujemy za poświęcony czas! :-) Jeżeli macie go trochę więcej i zastanawiacie się gdzie pojechać... zapraszamy do przeczytania relacji i objerzenia zdjęć z innych naszych wypraw:
Budapeszt •  Praga •  Bruksela •  Piza •  Palanga i Lipawa •  Chorwacja •  Toledo •  Haarlem •  Gandawa •  Wiedeń •  Santorini •  Cypr •  Peloponez •  Alicante •  Kordoba •  Bratysława •  Zakynthos •  Madryt •  Mykonos •  Bodrum •  Fethiye i Oludeniz •  Irlandia •  Wilno i Troki •  Kreta •  Fatima •  Rzym i Watykan •  Bergamo •  Rodos •  Trondheim •  Saloniki •  Florencja •  Argentyna •  Barcelona •  Mediolan •  Kusadasi •  Buenos Aires •  Salzburg •  Kijów •  Sewilla •  Wyspy Kanaryjskie •  Chopok •  Ateny •  Lizbona •  Segowia •  Ronda •  Włochy Północne •  Stambuł •  Gozo •  Malta •  Korfu •  Brugia •  Londyn •  Katalonia •  Andaluzja •  Liverpool •  Chalkidiki •  Kopenhaga •  Costa de la Luz •  Kadyks •  Paryż •  Bretania •  Algarve •  Wenecja •  Brno •  Jerez de la Frontera •  Edynburg •  Czarnogóra •  Thassos •  Beauvais •  Gibraltar
  Dublin - pogoda:
Dziś, 19 listopada 2017
+10°  / +6°
Silne zachmurzenie

wiatr: S 13 km/h
ciśnienie: 1020 hPa
wilgotność: 89%
zachmurzenie: 64%
opady: 0.0 mm/h

Poniedziałek, 20 listopada 2017
+13° C    /  +8° C
Miejscami opady deszczu
wiatr: W 13 km/h
opady: 0.1 mm/h

Wtorek, 21 listopada 2017
+14° C    /  +8° C
Lekka mżawka
wiatr: SW 28 km/h
opady: 0.2 mm/h

Środa, 22 listopada 2017
+15° C    /  +10° C
Lekkie opady deszczu
wiatr: SW 26 km/h
opady: 0.3 mm/h

Czwartek, 23 listopada 2017
+12° C    /  +4° C
Miejscami opady deszczu
wiatr: WSW 37 km/h
opady: 0.1 mm/h