wNieznane.pl

Katalonia

Katalonia, znaczy Hiszpania



Hiszpania od lat cieszy się popularnością wśród polskich turystów. Oprócz wypoczynku na iberyjskich wybrzeżach, coraz częściej latamy do Madrytu czy Barcelony, czemu sprzyjają dogodne połączenia m.in. tańszych linii lotniczych. Nie ma się co dziwić tym wyborom, gdy mamy niemal gwarancję pięknej pogody, klimatyczne miasta, ciekawą architekturę, a także bogatą historię. Oczywiście nie można zapominać o wspaniałej kuchni, a także wyśmienitych winach, za które zapłacimy kilka euro. Nic, tylko ruszać w drogę!

Kiedy pojechaliśmy?

Biorąc pod uwagę, że szczyt sezonu turystycznego w Hiszpanii przypada na lipiec oraz sierpień, zdecydowaliśmy się pojechać do Barcelony na przełomie września i października. Niższe, ale nadal przyjemne temperatury, mniejsza liczba turystów i nieco niższe ceny, a także możliwość wydłużenia "polskiego lata" były kluczowe w podjęciu decyzji. Ostatecznie, po małych zawirowaniach z Wizzairem, w pierwszej połowie października polecieliśmy na Półwysep Iberyjski. Na miejscu poruszaliśmy się krajowymi pociągami RENFE.

Gdzie się zatrzymaliśmy?

Kwestię noclegów rozwiązaliśmy już przed wyjazdem do Hiszpanii. W Barcelonie zatrzymaliśmy się w Melon Marina District. Bez wątpienia atutem tego miejsca jest korzystne położenie. Od ścisłego centrum dzielą je zaledwie trzy stacje metra. Sagrada Familia? Niespełna kwadrans spokojnego spaceru. Tyle samo czasu zajmie dotarcie na plażę. Pokojne są dość skromne, ale wyposażone w telewizor, klimatyzację, a także łazienkę. Do dyspozycji gości jest obszerna kuchnia, a na dachu basen z leżakami, skąd rozpościera się piękny widok na miasto. I nic to, że po drugiej stronie ulicy znajdował się zakład pogrzebowy.

W Gironie oraz w Tarragonie zatrzymaliśmy się w hotelach, które cenowo porównywalne były do noclegu w Barcelonie. W pierwszym z wymienionych miast gościł nas hotel Condal, natomiast w drugim - hotel Forum przy Placa de la Font. Na koniec naszej podróży pojechaliśmy jeszcze do Walencji, gdzie skorzystaliśmy z usług hostelu Venecia. Hostelem jest tylko z nazwy, gdyż usługami i poziomem dorównywał niejednemu hotelowi. Plusem tego miejsca było również dogodne położenie - zaledwie 3 minuty od dworca.
Nocleg w Katalonii w powyższych hotelach zarezerwujesz na booking,com.
Alternatywę stanowi serwis AirBnB. Dołącz teraz do społeczności AirBnB i odbierz żniżkę 100 PLN na nocleg  podczas swoich podróży w nieznane.
 

Flaga Walencji i Hiszpanii (foto: wnieznane.pl)

Katalonia, znaczy Hiszpania

O 6:00 rano pożegnaliśmy polski, chłodny, październikowy poranek, żeby po trzech godzinach w powietrzu powitać Barcelonę. Przyjemne ciepło słonecznych promieni przywitało nas na lotnisku El Prat, z którego ruszyliśmy do ścisłego centrum miasta. Przez okna autokaru oglądaliśmy obrazki budzącego się do życia miasta, aby po chwili postawić pierwsze kroki na placu Katalonii, skąd przemieściliśmy się do Marina Melon District. Pokoje, choć niezbyt przestronne, wyposażone były we wszystko, co niezbędne, a dodatkowym atutem był piękny widok na całą metropolię. Sagrada Familia niemal jak na wyciągnięcie ręki. I to właśnie od tej legendarnej świątyni rozpoczynamy poznawania słynnych zabytków miasta.

Pierwsze kroki do Sagrady...

Sagrada jest szczelnie otoczona turystami, którzy robią serie zdjęć z zewnątrz lub stoją w kolejce do wejścia. Nie jesteśmy odosobnieni w tych kwestiach. Po kilku minutach wkraczamy do wnętrza kościoła, ściskając bilety w rękach. Antonio Gaudi - od niego wszystko się zaczęło. Zainspirowany naturą, mający swą autorską wizję artysta został architektem bazyliki w 1883 roku i... do chwili obecnej nie została ona ukończona. Przekonujemy się o tym na każdym kroku, spacerując po jej wnętrzach. Stylowe zdobienia oraz kolorowe witraże kontrastują z maszynami i rusztowaniami. Z jednej strony jesteśmy świadkami stale tworzącej się historii, a z drugiej przeszkadza to nieco w pełnym delektowaniu się kościołem Świętej Rodziny. Po chwili przechodzimy do części muzealnej kościoła, w której nie brakuje wszelkiego rodzaju planów, szkiców, projektów czy makiet poszczególnych fragmentów budowli, jak i całej konstrukcji. Swoje miejsce w Sagradzie ma również sam Gaudi, dzięki czemu poznajemy jego źródła inspiracji, a także ponadczasowe wizje.

Camp Nou

Camp Nou (foto: wnieznane.pl)

Będąc pod wrażeniem jednego z symboli miasta, kręcimy się po Barcelonie, myśląc już o kolejnym. Tym obiektem, który coraz silniej działa na zmysły jest Camp Nou - dom słynnej na całym świecie FC Barcelona. Tak się złożyło, że właśnie w niedzielny wieczór "Blaugarana” podejmowała u siebie RCD Mallorca. I choć pierwotnym planem było jedynie skorzystanie z typowej wycieczki po stadionie, to nie zastanawiając się długo ruszamy w stronę legendarnej areny. Z każdym krokiem, im bliżej stadionu, tym bardziej narasta tłum, tym więcej straganów z pamiątkami. Wkrótce kupujemy bilety i wśród kilkudziesięciu tysięcy widzów podziwiamy Leo Messiego i spółkę. Wraz z nami rzesza turystów z całego świata, wymieszana z Hiszpanami. Iście teatralna atmosfera przerywana jest odśpiewaniem klubowego hymnu, jękami zawodu, okrzykami zachwytu, przeciągłym skandowaniem "Leeeooo Meeeessi!”, a także wybuchem radości po strzelonej bramce przez gospodarzy. Niestety, zamiast wysokiej wygranej jesteśmy świadkami remisu, który jak pokazała historia był jedynym w całym ligowym sezonie na wysłużonym Camp Nou. Wysłużonym, bo o ile z zewnątrz stadion prezentuje się całkiem nieźle, o tyle jego wnętrza wyglądają na nadgryzione zębem czasu. Jednak i na to jest lekarstwo. Plany nowej areny FCB są już gotowe. Mieszamy się z tłumem, który płynie w stronę metra. Jeszcze krótki spacer po mieście i mając niemal dwadzieścia godzin w nogach kończymy dzień pełen wrażeń.

La Rambla, Santa Eulalia, La Boqueira

Sklepienie Sagrada Familia (foto: wnieznane.pl)

Barcelona to nie tylko Sagrada Familia czy Camp Nou. To również piaszczysta plaża, port czy słynna La Rambla. I właśnie w tego typu leniwe klimaty postanowiliśmy się wpisać. Kwadrans spokojnego spaceru dzielił nas od Morza Śródziemnego. Efekt? Ruszamy nad wodę, mijając po drodze okazałe wieżowce, przypominające World Trade Center, z zadbanymi chodnikami, fontanną, wodotryskami czy też nowoczesnymi instalacjami artystycznymi. Do tego restauracje nastawione na biznesowych klientów, którzy chcą zjeść lunch w pięknej scenerii. Idąc tak po złocistym piasku Barcelonety, chłodząc stopy w wodzie, docieramy do pasażu Joana de Borbo, przy którym roi się od wszelkiego rodzaju knajpek z przekrojem kuchni z całego świata. Obojętni na nęcące zapachy skupiamy się na podziwianiu wysokiej na 20 metrów Cap de Barcelona (głowa Barcelony), a także ustawionego przy porcie pomnika Krzysztofa Kolumba. Wielki odkrywca dzierży w dłoni mapę, a drugą ręką wskazuje w stronę nieznanego niegdyś lądu. Stąd już "rzut beretem" do La Rambli. Słynny deptak niemal całkowicie wypełniony jest turystami, pseudoartystami czy też sprzedawcami. Z jednej strony żadna to frajda kręcić się w tłoku, a z drugiej... miejsce fascynuje, przyciąga jak magnes, kusi i pozwala poczuć gwar wielkiego miasta. Nawet, jeśli jest on kreowany w znacznej mierze przez obcokrajowców.

Szukając odrobiny spokoju uciekamy w jedną z bocznych uliczek, żeby dojść do Katedry Barcelony (Santa Eulalia). Płacimy po 5 euro i po chwili w ciszy i spokoju zwiedzamy wnętrza świątyni, po dziedzińcu której kręcą się łabędzie. Oczywiście kościół diametralnie różni się od Sagrada Familia. Wiadomo – inni projektanci, inny styl, inne czasy. Co nie znaczy, że ołtarz, organy, a także część chóralna nie są godne uwagi. Wręcz przeciwnie.

Warto również odbić na La Boqueira. To najsłynniejszy targ w Barcelonie, który oferuje m.in. świeże ryby, owoce morza, przyprawy, słodycze, owoce czy też świeże soki. Warto dać się porwać feerii smaków, które na nas czekają! Po smacznym szaleństwie ruszamy na jedną z najdroższych ulic Hiszpanii, czyli na pasaż Gracia. Mijając siedziby biznesowych korporacji czy modnych butików, dochodzimy na Złoty Kwadrat, podziwiamy Casa Battlo wg projektu Gaudiego. Książkowy przewodnik poleca również Dom Azji, ale ten na żywo nie robi większego wrażenia.
Wieczorem z wysokości tarasu, sącząc tutejszego "szampana” (wino musujące Cava), podziwiamy światła miasta. Szczególnie ciekawie wygląda część biurowców, w gąszczu których wybija się Agbar. Po zmroku mieni się w czerwono-niebieskich barwach.

Muzeum Picassa

Barcelona to nie tylko Gaudi. To również Pablo Picasso i jego muzeum mieszczące się w wąskich uliczkach starówki. Oczywiście, jeśli ktoś nie przepada za malarstwem, to swoistą alternatywą jest placówka poświęcona czekoladzie. Przyznam, że choć koneserami sztuki nie jesteśmy, to część zbiorów Pabla robi naprawdę spore wrażenie. Napełnieni sztuką na najwyższym poziomie odpoczywamy na plaży San Sebastian. Niby jest już po sezonie, niby październik, a handlarzy wciskających wszelkiego rodzaju precjoza nie brakuje. Ratunkiem przed natrętami jest ucieczka w odświeżające fale morza Śródziemnego. Zrelaksowani szukamy miejsca na wieczorny posiłek.

Kuchnia hiszpańska słynie przede wszystkim z drobnych przekąsek, tzw. tapas. Nie brakuje również mięs, sałatek, owoców morza czy... paelli, która wywodzi się z Walencji. Bez trudu natrafimy również na pizzerie. Idealnym dopełnieniem posiłku są białe lub czerwone wina z regionu Rioja. Sympatycy piwa mają do dyspozycji przedstawicieli koncernów – katalońska Estrella Damm lub San Miguel. Niemniej jednak, to co nas najbardziej zachwyca, to możliwość kosztowania pysznych owoców, o których w październiku w Polsce można tylko pomarzyć!

Montserrat

Montserrat (foto: wnieznane.pl)

Mając do dyspozycji kilka dni w Barcelonie, warto ruszyć za miasto. My decydujemy się na półtoragodzinną podróż do Montserrat – punktu kultu religijnego i istotnego miejsca w historii Katalonii oraz życiu mieszkańców. We wnętrzach klasztoru osadzonego na skale znajduje się figura Czarnej Madonny, do której ustawiają się naprawdę długie kolejki. To za sprawą cudownego jej oddziaływania. Spędzenie dobrych kilkadziesiąt minut w kolejce nie jest naszym planem, więc rozglądamy się po wnętrzach obiektu. Należy wiedzieć, iż "Góra-piła” to nie tylko wspomniana świątynia. To również teren pierwszego Parku Narodowego w Hiszpanii. Krzyżuje się tu kilka pieszych szlaków. Słowem – coś dla ducha, coś dla ciała.

Barcelona - Park Guell

Była Sagrada Familia. Były fikuśne kształty kamienic przy pasażu Gracia. W końcu przyszedł czas na park Guell. To właśnie tam mieszkał słynny Antonio Gaudi. Ponownie jesteśmy w otoczeniu charakterystycznych dzieł Hiszpana. Są kolumny, ceramiczna salamandra, najdłuższa na świecie ławka czy też domki w opływowych i nieregularnych kształtach, a także sporej powierzchni piaszczysty plac, z którego rozpościera się widok na południe Barcelony. Oczywiście nie brakuje turystów, ale z drugiej strony nie można się dziwić, iż tak piękne miejsce jest chętnie odwiedzane. Paradoksem jest, iż w pierwszych latach istnienia parku Guell mówiono o nim negatywnie, zarzucając m.in. zbyt daleką odległość od ścisłego centrum. Hm, że niby zdecydowanie ciekawsze są rejony placu Espanya? Pora się o tym przekonać!

Plac Hiszpański, MNAC, Font Magica, Montjuic

Tak się złożyło, iż w dniu naszego pobytu rozgrywano mecz towarzyski najlepszych koszykarskich klubów świata w 2010 r. Gospodarze, czyli FC Barcelona, będąca czołową ekipą w Europie kontra Los Angeles Lakers, z Kobe Bryantem na czele. I tylko mogliśmy żałować, że w temacie wejściówek obudziliśmy się o dwa dni za późno. Z okazji spotkania nie brakowało imprez towarzyszących na promenadzie wiodącej od placu Hiszpańskiego w stronę Muzeum Narodowego Sztuki Katalońskiej (MNAC). Kilka schodów wyżej znajduje się Font Magica, czyli słynna fontanna, którą warto podziwiać wieczorami podczas show z udziałem świateł i muzyki. Niestety, nie jest nam dane się przekonać o magii tego miejsca, gdyż akurat obiekt jest w remoncie. Cóż, może następnym razem... Lekko zawiedzeni wdrapujemy się w stronę wzgórza Montjuic, z którego rozpościera się fantastyczny widok na całe miasto, a także wybrzeże. Dodatkową atrakcją jest zamek. Na sam szczyt można wjechać kolejką linową za kilka euro, ale cały urok jest w samym podejściu. Tym bardziej, że po drodze znajdują się obiekty olimpijskie - zarówno stadion, na którym w 1992 roku bito rekordy, znicz, a także kilkunastotysięczna hala Palau Sant Jordi. To właśnie w jej wnętrzach wieczorem gospodarze okazali się nieznacznie lepsi od słynnej ekipy zza oceanu.

Girona

Girona (foto: wnieznane.pl)

Barcelona była dla nas głównym przystankiem podczas dwutygodniowych wojaży po Katalonii i okolicach. W końcu przyszedł czas na Gironę, która jest znana głównie z tego, że… znajduje się tam lotnisko tańszych linii lotniczych. Jednak my chcemy poznać inne oblicze tej miejscowości i ruszamy pociągiem z Placa de Sants (tutejszy dworzec centralny). Choć wagonik dość często zalicza poszczególne stacje, to podróż jest jak najbardziej komfortowa. Skład zadbany, klimatyzowany, miejsca siedzące, docieramy o czasie... Czego chcieć więcej?

Girona (foto: wnieznane.pl)

Girona wita nas pięknym, październikowym słońcem oraz przyjemnym ciepłem. Od razu czuć, że to zdecydowanie skromniejsze, spokojniejsze miasto od tętniącej życiem Barcelony. Swoją drogą, poniekąd takiego wyciszenia nam potrzeba, toteż po zameldowaniu się w hotelu idziemy do zacisznego parku Johna Lennona w pobliżu miejskich murów. Tego Johna, z tych Lennonów, rzecz jasna. Idealne miejsce do złapania dystansu i odszukania własnych myśli. Zresztą nie tylko tu można odpocząć, ale również w parku miejskim z pięknie przyciętą roślinnością, palmami, a także strzelistymi drzewami "dodającymi życiowej energii”. Jego urok psują nieco uliczne stragany wzdłuż ogrodzenia. Chińska tandeta miesza się bezczelnie z "oryginalnymi” ubraniami oraz sprzętem elektronicznym. Tego typu kontrastów nie ma już przy miejskich murach, które z jednej strony okalają najstarszą część Girony. Drugą "granicą” starówki jest rzeczka, przez którą przerzucony jest czerwony, stalowy most. Z tej perspektywy miasto wygląda zupełnie inaczej i zyskuje dodatkowego uroku. Katedry z solidnych kamieni, wąskie uliczki, klimatyczne schodki czy urokliwe kamieniczki wręcz proszą o ich uwiecznienie na zdjęciach. Stamtąd już "rzut beretem" na Plac Niepodległości, na którego pierzejach ogromną popularnością cieszą się restauracje, lub też na miejscową La Ramblę, mającą wiernych fanów przesiadywania pod parasolem z gazetą w ręce, popijając kawę, orzeźwiające białe wino lub mały, złocisty piwny trunek. Będąc w Gironie nie można pominąć miejskiej katedry, której wnętrza są dość surowe, ciemne, wręcz chłodne, ale jednocześnie skromne i stylowe. I można jedynie żałować, że we wnętrzach świątyni obowiązuje zakaz fotografowania. Na szczęście ten mankament można nadrobić podczas spacerów po Starym Mieście, które choć nie imponuje rozmiarami, jest świetnym miejscem na odszukanie hiszpańskiego stylu życia.

Tarragona

Plaża w Tarragonie (foto: wnieznane.pl)

Po przejażdżce na wschód od Barcelony, przyszedł czas na obranie przeciwnego kierunku. Do Tarragony, bo o tym mieście mowa, docieramy z jedną przesiadką. Oczywiście można dojechać tam bezpośrednio z Girony, ale czas podróży i ceny połączeń sprawiły, że skutecznie poszukaliśmy alternatywy. Można oczywiście zadać sobie pytanie, dlaczego w ogóle Tarragona? Ano choćby dlatego, że to miasto z bogatą historią, sięgającą aż III wieku p.n.e. Jednocześnie jej zabytki z czasów rzymskich wpisano na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Podróż nie dość, że komfortowa, to jeszcze pełna przepięknych widoków, gdyż momentami trasa wiedzie wzdłuż linii brzegowej, co kontrastuje z górzystymi terenami po drugiej stronie.

Miasto słynie m.in. z festiwalu, podczas którego mieszkańcy tworzą wysokie na kilkanaście metrów żywe wieże. W ich tworzenie zaangażowana jest grupa silnych mężczyzn, którzy najpierw tworzą solidną podstawę i na ich barkach stają kolejni, aż po sam szczyt, na który wdrapuje się zwykle zwinny, lekki młodzieniec. I tak aż do spektakularnego zawalenia się wieży. Ten sport jest z jednej strony widowiskowy, ale z drugiej wymaga ogromnej koncentracji oraz wysiłku. Niestety musimy obejść się smakiem, bo tego typu impreza była tydzień przed naszym przyjazdem. Na pocieszenie zostaje obejrzenie pomnika "Castelersów”, ustawionego na pasażu La Rambla. Wzdłuż szerokiego deptaku nie brakuje typowych "atrakcji” w postaci sklepików, restauracji, fontanny czy też tarasu widokowego, z którego rozpościera się widok na miejską plażę. Delikatne fale kuszą, żeby choć trochę się zamoczyć, przespacerować wzdłuż plaży do portu, co zresztą czynimy. Panoramę psują nieco tory kolejowe oraz ulica ściśle sąsiadujące ze złocistym piaskiem i błękitem wody.

Tarragona (foto: wnieznane.pl)

Alternatywą dla biernego wypoczynku jest spacer po mieście i poznawanie jego zabytków. Na turystów czeka miejska katedra, rzymskie mury czy Circ Romana. Szczególnie ostatni z nich wart jest uwagi. To kilka poziomów budowli, z której widać dachy miejskich kamienic, których ściany zdobią kolorowe malunki, a także bezkres morza. Dodatkowo czeka nas plątanina korytarzy, które łączyły niegdyś obiekt z centrum miasta. Z kolei na murach natkniemy się m.in. na wilczycę znaną z Rzymu, której mleko ssą Romulus i Remus, czy też pozostałości po armatnich działach. Dodatkową atrakcją na przedmieściach przy trasie szybkiego ruchu jest tzw. most diabła, do którego dojedziemy miejskim autobusem. To niespełna 250-metrowy akwedukt (najprawdopodobniej z czasów Augusta) o szerokości zaledwie dwóch metrów i mający w kulminacyjnym punkcie 27 metrów wysokości. I możemy tylko żałować, że akurat jest w remoncie... Szczególnie, że od 2000 r. jest on wpisany listę UNESCO.

Walencja

Walencja co prawda położona jest już poza Katalonią, ale będąc "w okolicy” nie możemy sobie odmówić wizyty w tym mieście. To "zaledwie” 3,5 godziny jazdy z Tarragony i mniej więcej 5 godzin pociągiem z Barcelony. Oczywiście dystans można pokonać zdecydowanie szybciej. To już kwestia doboru odpowiedniego połączenia. Ponadto miasto z nietoperzem w herbie oferuje naprawdę ciekawe atrakcje, w tym m.in. świetne centrum nauki.

Hemisferic, Walencja (foto: wnieznane.pl)

Meldujemy się zaledwie 3 minuty spacerem od głównego dworca, przy rozległym placu de l’Ajuntament, na którego pierzejach osadzone są budynki bankowe, poczta czy też ratusz, a całość urozmaica fontanna. Również o przysłowiowy "rzut beretem” mamy do mercato, czyli po prostu targowej hali miejskiej z pierwszej połowy XX wieku, w której pysznych produktów spożywczych jest pod dostatkiem. Zresztą równie pyszne dania dnia z butelką czerwonego wina serwują w budynku obok. Do tego za rozsądne pieniądze i z przemiłą obsługą starszych osób.

Warto zwiedzić miejskie kościoły, na czele z katedrą na czele, której początki sięgają XIII wieku. Jest ona świetnym przykładem krzyżowania się stylów romańskich, gotyckich, barokowych czy neoklasycystycznych. Drugim punktem jest kościół św. Catalina z charakterystyczną dzwonnicą El Micalet, którą bez trudu znajdziemy na miejskich pocztówkach. Warto obejrzeć ją z perspektywy wieżyczek Serrano (Torres de Serranos), z których rozpościera się piękny widok na całe miasto. Z jednej strony dachówki kamienic, a zaraz obok połacie zieleni w dawnym korycie rzeki. Dziś, zamiast strumieni wody uchodzących do morza Śródziemnego, zbudowano aleje do spacerów i biegania, korty tenisowe, boiska, a także inne punkty rekreacyjne. Mijając po drodze Pałac Muzyki z podświetlaną fontanną, a także fanów joggingu i słysząc piski ganiających za piłką dzieciaków docieramy do Miasta Sztuki i Nauki (Ciudad de las Artes y las Ciencias). To futurystyczny kompleks, na który składa się centrum nauki, muzeum techniki, pałac sztuki nowoczesnej, oceanarium oraz kino z ekranem nachodzącym na sufit. Będąc w Walencji koniecznie trzeba tam zawitać, bo obiekt robi wrażenie zarówno z zewnątrz, jak i w środku. Podczas wyświetlanego filmu, dzięki specjalnym okularom niemal czujemy, jakbyśmy byli w samym sercu Amazonii. Natomiast w centrum nauki, co krok doświadczamy, że można idealnie łączyć zabawę z kształceniem. Począwszy od fizyki, przez chemię, anatomię człowieka, a na ciekawostkach kończąc. Przy okazji warto zarezerwować sobie kilka godzin, bo prędko nie wyjdziemy z Miasta Sztuki i Nauki. Wciąga, inspiruje, bawi i ciekawi!

 

Jedną z wizytówek miasta jest klub piłkarski Valencia CF. Klub rozgrywający swe mecze na Estadio Mestalla to, obok Levante, drugi miejski klub w najwyżej klasie rozgrywkowej w Hiszpanii (Primera Division). Co prawda "Nietoperze” nie mają tak bogatej gabloty z trofeami jak FC Barcelona czy Real Madryt, ale w historii ekipy nie brakowało sukcesów oraz zawodników o uznanej marce na świecie. Sam obiekt stoi niepozornie między budynkami, ot, jakby tak nagle wciśnięty przez architekta, który zapomniał zagospodarować tereny stadionu. I choć Estadio Mestalla ma już swoje lata, to tak czy inaczej, warto zajrzeć do jego wnętrz. Za kilka euro jesteśmy oprowadzani przez przewodnika po jego zakamarkach. Swoją drogą, warto byłoby tu kiedyś wrócić, żeby z wysokości charakterystycznych, stromych trybun obejrzeć mecz Valencii.

Panorama Walencji (foto: wnieznane.pl)

Dodatkowo miasto słynie także z wyścigów Formuły 1. Piekielnie szybkie i mocne bolidy robią kółka po wyznaczonym ulicznym torze. I tylko flagi, szeroki asfalt oraz namalowane linie przypominają o tym, że zjeżdżają się tu najlepsi kierowcy świata.

 

 

Masz dość zwiedzania kościołów, nie kręci Cię piłka nożna, ziewasz przy Formule 1 i nudzi Cię nauka? Pozostaje jeszcze bierny odpoczynek na miejskiej plaży, do której dotrzesz nowoczesnym tramwajem. Problem w tym, że aby znaleźć choćby fragment czystego piasku, trzeba się trochę nachodzić. Powód? Bez trudu natkniemy się tu na wszelkie "skarby”, które wyrzuca woda. Znajdziesz nie tylko muszelki, ale również butelki, nakrętki, szczątki, kości, torebki foliowe itd. Szkoda, bo plaża jest naprawdę szeroka, ładnie usytuowana, ale jak wspomniałem... Aby w pełni skorzystać z jej uroków oraz morskich fal, musimy przespacerować się promenadą z dala od portu, z którego odpływają promy na Ibizę.

 

Barcelona, Montserrat, Girona, Tarragona i Valencia. Dwa tygodnie zleciały jak z przysłowiowego bicza strzelił. Pora wracać. Jeszcze jeden spacer po stolicy Katalonii, z której wracamy do kraju. Jeszcze jedno wino, jeszcze jedne przekąski, owoce. Jeszcze obserwowanie miejskiego życia na placu Catalunya. Nim miasto budzi się na dobre, opuszczamy swój hostel, wychodząc na niemal opustoszałą La Ramblę, po której snują się pojedynczy bohaterowie minionej nocy. Szybki przejazd na lotnisko El Prat i po kilku godzinach witamy październikową, polską złotą jesień...

 

PiJ, październik 2010 r.




Jeśli dotarłeś aż do tego miejsca - dziękujemy za poświęcony czas! :-) Jeżeli masz go trochę więcej i zastanawiasz się gdzie pojechać... zapraszamy do przeczytania relacji i objerzenia zdjęć z innych naszych wypraw:
Kreta •  Fethiye i Oludeniz •  Fatima •  Stambuł •  Madryt •  Kijów •  Brno •  Algarve •  Praga •  Dublin •  Chalkidiki •  Salzburg •  Budapeszt •  Wilno i Troki •  Riwiera Turecka •  Argentyna •  Alpy Austriackie •  Ronda •  Bodrum •  Thassos •  Bergamo •  Kordoba •  Kadyks •  Peloponez •  Ateny •  Barcelona •  Bruksela •  Rzym i Watykan •  Zakynthos •  Wenecja •  Trondheim •  Gozo •  Gibraltar •  Sewilla •  Liverpool •  Cypr •  Wiedeń •  Saloniki •  Irlandia •  Alicante •  Gandawa •  Bratysława •  Kopenhaga •  Jerez de la Frontera •  Buenos Aires •  Edynburg •  Lizbona •  Londyn •  Segowia •  Korfu •  Florencja •  Włochy Północne •  Bretania •  Wyspy Kanaryjskie •  Santorini •  Chopok •  Malta •  Czarnogóra •  Palanga i Lipawa •  Piza •  Andaluzja •  Beauvais •  Paryż •  Rodos •  Kalabria •  Chorwacja •  Brugia •  Mediolan •  Toledo •  Kusadasi •  Mykonos •  Haarlem •  Costa de la Luz • 

Waluta

Aktualny średni kurs:1 EUR = 4,25 PLNnazwa waluty: euro
stan na: 2019-06-24