wNieznane.pl

Argentyna

Dalej od Buenos...



Przed wyjazdem do Argentyny bez problemu mogliśmy znaleźć aktualne informacje o... południowych regionach kraju. Dla wielu podróżujących celem wyjazdu była Patagonia, Torres del Paine czy też "kraniec świata". My zdecydowaliśmy się obrać kierunek północno-zachodni. Całość podróży rysowała się w kształcie prostokątnej trasy z Buenos Aires do Mendozy. Z Mendozy do Salty i na wschód w stronę wodospadów Iguazu i ponownie wizyta w stolicy kraju. Mieszanka górskich klimatów, smak wina, klimat małych miejscowości i wielki finał przy wodospadach.

Kiedy pojechaliśmy?

Do Argentyny wyruszyliśmy w marcu, czyli na przełomie tamtejszego lata i jesieni. I choć to był schyłek lata, to przez zdecydowaną większość czasu temperatury w ciągu dnia sięgały 25 stopni Celsjusza lub więcej. W zależności od regionu kraju mogliśmy poczuć powiew ciepłych wiatrów, oddychać suchym powietrzem czy też lepić się w ubraniach od wysokiej wilgotności. I na nic przelotne opady, które niekiedy przynosiły ulgę. 

Gdzie się zatrzymaliśmy?

Przed wylotem do Argentyny wyrobiliśmy karty PTSM pozwalające na otrzymanie zniżek w międzynarodowej sieci Hostelling International (HI). Wydatek 40 zł na rok na jedną kartę zwrócił się po kilku nocach, pozwalając na oszczędności rzędu 15% za dobę. Nie licząc Buenos Aires, zarówno w Mendozie, jak i w Salcie skorzystaliśmy z usług hosteli należących do wspomnianej sieci. W pozostałych przypadkach decydowaliśmy się na oferty osób czekających na dworcach autobusowych lub wybieraliśmy małe pensjonaty, o których czytaliśmy w przewodnikach. Jeśli wolisz zarezerwować nocleg przed wyjazdem, wystarczy kliknąć tutaj.
Alternatywę stanowi serwis AirBnB. Dołącz teraz do społeczności AirBnB i odbierz żniżkę 100 PLN na nocleg  podczas swoich podróży w nieznane.

Co zwiedziliśmy?

Miejska architektura, cuda natury oraz poszukiwania różnorodnych smaków kierowały naszą trasą po Argentynie. Z tego powodu zawitaliśmy do Mendozy i Cafayate, które pozwalają cieszyć podniebienia regionalnym winem oraz oglądać wyjątkowe pejzaże gór. Tucuman i Salta wraz z okolicami dają solidną lekcję historii, przybliżają zwyczaje i tradycję kraju. Wodospady Iguazu to niepowtarzalne zjawisko zachwycające potęgą natury. I tylko żałować można, iż cała podróż po Argentynie zamknęła się zaledwie w 21 marcowych dniach.

Po smak wina...

Po przylocie do Argentyny zatrzymaliśmy się na jedną noc w Buenos Aires. Krótka aklimatyzacja, przystosowanie się do jakże odmiennej, upalnej pogody, a także zmiany czasu o +4 godziny i powoli można było ruszać w drogę. Kierunek – Mendoza. Miasto, a dokładniej jego okolice słynie z produkcji wina. To właśnie tam produkuje się 70% tego trunku w skali całego kraju. Na zachód ruszyliśmy nocnym autobusem. Jeszcze dobrze nie rozsiedliśmy się w wygodnych fotelach piętrowego busa, a już obsługa zaopiekowała się podróżnymi, organizując konkurs, a także częstując cukierkami. Kilkanaście godzin jazdy upłynęło całkiem komfortowo. Spora w tym zasługa samego przewoźnika, który starał się dorównać standardom, które znamy z samolotów – posiłki wieczorem i rano, napoje, system rozrywki w postaci filmów, poduszka, kocyk do spania. Trudno o słowa krytyki.

Tu wino leje się strumieniami (foto: wnieznane.pl)

Mendoza wita nas jeszcze większym upałem niż Buenos Aires. Z kolei na dworcu witają nas od razu mieszkańcy oferujący usługi noclegowe. Z racji, że mamy coś na oku, grzecznie odmawiamy. Tym bardziej, że proponowane miejscówki były na obrzeżach miasta. Podjeżdżamy miejskim busem w stronę głównego placu Niepodległości, skąd już był rzut beretem do Hostel Suites Mendoza, w którym udało się znaleźć wolny pokój.

Miasto pełni dwie funkcje. Jest bazą wypadową dla osób, które chcą zdobyć najwyższy szczyt Ameryki Południowej - Aconcaguę - oraz punktem, skąd wyrusza się do okolicznych winnic. Najbardziej znaną odmianą z Mendozy i okolic jest Malbec. Nic dziwnego, że z fontann zamiast wody tryskało "wino". To efekt zakończonego niedawno festiwalu wina, który odbywa się regularnie na przełomie lutego i marca. Podczas dość krótkiego pobytu w mieścinie udało nam się połączyć wypad w góry i smakowanie trunków. Na następny dzień wykupiliśmy w hostelu całodniową wycieczkę, która wiodła przez malownicze, górzyste widoki, z metą w Parque Provincial Aconcagua. Natomiast własnym sumptem ogarnęliśmy przejażdżkę na przedmieścia, gdzie można wstąpić do lokalnych winnic.


Jednak nim do tego doszło, spacerujemy po mieście, kręcąc się w kwadratach ulic, od placu do placu. Co i rusz mijamy sklepy ze sprzętem alpinistycznym oraz agencje turystyczne oferujące usługi związane z najwyższą górą świata (leżącą poza Azją, czym szczycą się lokalsi ;-)). Nie brakuje również sklepów z winami, gdzie można za odpowiednią opłatą można degustować kilka lampek trunku. Deptakami, chodnikami przelewają się tłumy mieszkańców, co momentami przypomina polskie nadmorskie kurorty w szczycie sezonu. I tylko budek z lodami i goframi brakuje.


Następnego dnia z samego rana łapiemy z kilkoma osobami z hostelu busa, którym ruszamy w górskie rejony. Zatrzymujemy się w mieścinie Uspallata, gdzie żar przelewa się przez leniwe, szutrowe uliczki, fragmentami pokryte asfaltem. Kilka sklepów, jakiś bar, kościół, skrzyżowanie, przez które przemknął Fiat 125p w wersji pick-up i powoli można było ruszać w dalszą trasę. Co jakiś czas zatrzymujemy się na poboczach, żeby podziwiać okoliczne cuda natury - jezioro, malownicze góry, które przyjmują zadziwiające kształty oraz kolory. W końcu dojeżdżamy do Puente del Inca. Most Inków robi wrażenie za sprawą naturalnych nacieków mieniących się feerią w złocistych odcieniach. Dawniej przyjeżdżali tu turyści, aby korzystać z właściwości leczniczych regionu. Ot, takie ówczesne SPA, po którym pozostał dziś tylko betonowy budynek. Przy tak turystycznym miejscu nie mogło zabraknąć punktów z drobną gastronomią oraz "regionalnymi" pamiątkami.

Puente del Inca w pełnej okazałości (foto: wnieznane.pl)

Ostatni przystanek to wspomniany już Parque Provincal Aconcagua. "Za górami, za lasami...", gdzieś tam w tle góruje nad wszystkimi wzniesieniami Aconcagua - najwyższy szczyt Ameryki Południowej. Wysokość "Kamiennego Strażnika" wynosi 6962 metry n.p.m. Bezchmurne niebo i silne wiatry towarzyszą spacerowi przez pętlę po parku. Wędrując doliną, napotykając na jeziora i skromną roślinność, z dumą słuchamy opowieści przewodnika, który wspomina o "Lodowcu Polaków". Jeden z fragmentów góry został nazwany na cześć pierwszej polskiej ekipy, która w 1934 roku wyznaczyła trasę na szczyt od strony wschodniej. Po niespełna dwóch godzinach napawania się niezwykłymi krajobrazami wracamy do busa z międzynarodowym towarzystwem. Przed nami nieco ponad 100 km drogi powrotnej do Mendozy.


Następnego dnia jedziemy za miasto, do Maipu, a raczej na przedmieścia. Cel? Oczywiście wino, wino i... jeszcze raz wino. Jeszcze dobrze nie wysiedliśmy z miejskiego autobusu, a już wsiedliśmy na rowery z pobliskiej wypożyczalni. To najsensowniejsza forma zwiedzania okolic. Obszar z muzeum wina, domowymi gospodarstwami czy też mniejszymi czy większymi winnicami rozciąga się w linii prostej na kilkanaście kilometrów. Wobec tego przemierzanie "z buta" całej trasy mijałoby się z celem. Kilka minut rozmowy z właścicielem wypożyczalni w miłej atmosferze zaowocowało zbiciem ceny za dwa rowery, otrzymaniem mapki z zaznaczonymi obiektami, które warto odwiedzić, oraz butelkami wody na drogę. Ruszamy! Zaczynając pracę u podstaw kierujemy się do wspomnianego muzeum, gdzie oglądamy wszelkiego rodzaju beczki, narzędzia, maszyny, butelki, które niegdyś służyły do wyrobu trunków. Oczywiście nie mogło się obyć bez darmowej degustacji. Ponownie wskakujemy na rowery i po chwili słuchamy "u chłopa" o uprawianiu oliwek, robieniu oliwy, a także innych drobnych przysmaków, które przy okazji można nabyć w domowym sklepie - pasty oliwkowe, oliwy o zróżnicowanym smaku, słodkie smarowidła na kanapki i oczywiście... alkohol :-). Z pustymi rękoma nie wychodzimy.

Winorośle oplatają okolice Mendozy (foto: wnieznane.pl)

Oczywiście gdzieniegdzie za zwiedzanie trzeba zapłacić, a czasami należy uiścić kilka peso za samą degustacje. Niemniej jednak w ciągu kilku godzin zaliczamy kilka winnic, smakując różnych odmian. Warto w tym miejscu podkreślić życzliwość miejscowych ludzi oraz... policji, która regularnie przemierza trasę między winnicami i bynajmniej nie z alkomatami, ale, by chronić turystów i w razie czego pomóc im we wskazaniu drogi. Oddając rowery siadamy jeszcze na chwilę u gospodarza, który pyta o wrażenia ze zwiedzania, częstując nas przy tym domowym winem oraz drobnymi przekąskami.

W kolebce niepodległości

Wcześniej mieliśmy plan, żeby z Mendozy ruszyć do Cordoby. Jednak biorąc pod uwagę czas podróży oraz dalsze plany związane z pobytem w Argentynie, zdecydowaliśmy się od razu ruszyć na północ do Tucuman. Tym razem kupiliśmy bilety najtańszej kategorii i od razu dało się odczuć różnicę klas. O kocyku, poduszce, posiłkach i innych wygodach znanych z klasy semi-cama można było zapomnieć. Jedyną atrakcją były rozkręcone do granic możliwości głośniki, z których co chwila słychać było strzały z gangsterskich filmów wyświetlanych w autobusie. Zmierzając do wspomnianego miasta, jak okiem sięgnąć obserwowaliśmy dość surowy krajobraz, ubogi w roślinność. Płasko, skalisto, z górami w tle. Klimat dał tu znać o sobie. Po kilku godzinach nocnej jazdy docieramy do celu. Mamy wrażenie, że jesteśmy w piekle. Słońce bezlitośnie rozpuszcza asfalt, nie pozwalając mieszkańcom na wyjście z domu. Jest niedzielny poranek. Termometr wskazuje 41 st. Celsjusza w cieniu. Zmęczeni podróżą poszukujemy jakiegokolwiek noclegu wskazanego przez informację turystyczną. W końcu znajdujemy pokój... w jednej z kawiarni. Jak się okazało, na dole można napić się małej czarnej, przegryzając rogalem, a na piętrze - przenocować. Warunki może nie są rewelacyjne i sterylnie nie jest, ale działająca klimatyzacja, wiatrak, wygodne łóżko i łazienka nie pozwalają nam narzekać. Tym bardziej, że będziemy tu tylko jedną noc. Bierzemy!

Muzeum historyczne w Tucuman (foto: wnieznane.pl)

San Miguel de Tucuman, bo tak brzmi pełna nazwa, był dla nas jedynie przystankiem w drodze do Cafayate. Niemniej jednak miejscem polecanym przez przewodniki. W lipcu 1816 roku ogłoszono tu deklarację niepodległości. Natomiast siedziba Kongresu, w którym nastąpił ten fakt, ma szczególne znaczenie dla każdego Argentyńczyka. Choć samo miasto należy do największych w tej części kraju i ma ponad 0,5 miliona mieszkańców, to... w ogóle tego nie czuć. Kościół, plac główny, wokół którego toczy się życie i odchodzące od niego uliczki, deptaki. Wszystko. Wychodzimy na miasto, aby coś przekąsić. Daje się zauważyć, iż spotkania w rodzinnym gronie podczas niedzielnego popołudnia są pewnego rodzaju miłą tradycją. Zajadając empanady, mięso i popijając zimnym piwem, które gasi pragnienie, obserwujemy jak z jednego stolika liczącego 4 osoby, biesiadowanie rozrasta się trzykrotnie. I choć z upływem czasu powinno się robić chłodniej i przyjemniej na dworze, to... nic z tego. Powietrze stoi, otulając swym wieczornym ciepłem leniwą niedzielę. Nie przeszkadza to starszym osobom w uczestnictwie w nauce tanga na placyku sąsiadującym z naszym kawiarnianym hotelem. Kilka par pląsa w rytm wygrywanej muzyki. Następnego dnia opuszczamy miasto widząc jego poniedziałkowe oblicze. Jakże odmienne od dnia wczorajszego. Puste deptaki zamieniają się w gwarne szlaki, którymi mieszkańcy zmierzają do pracy, na kawę czy do sklepu.

Sielanka o smaku wina

Choć od Cafayate dzieli nas zaledwie 180 kilometrów, autobus jedzie niespełna 5 godzin. Trochę nie chciało nam się w to wierzyć, bo jak można turlać się ok. 40 km/h? Jednak szybko zweryfikowaliśmy swoje tezy. Trasa wiodła przez malownicze góry, zawijając co chwila po asfaltowych serpentynach. Widoki budziły mieszane uczucia - zachwytów nad pejzażami z przerażeniem, że w każdej chwili autokar może się na zakręcie przechylić po stoku w dół. Oczywiście wszystko było pod kontrolą kierowcy, który w pewnym momencie kazał wszystkim wysiąść z autokaru, by nieco lżejszy bus przejechał 100-metrowy odcinek. Ostatecznie cali i zdrowi docieramy do celu.


Cafayate to przyjemna, mała mieścina, którą można obejść w kilkanaście minut, gubiąc asfalt pod stopami i obserwując przy tym dość skromne i niezbyt okazałe posesje. I właśnie w tym tkwił cały jej urok. Spokojnie, bez pośpiechu, wręcz leniwie. Nieopodal małe winnice, góry, a także zapierające dech w piersiach Quebrada de las Conchas, o czym później. Jeden główny plac, na którego pierzejach znajdują się restauracje dla zróżnicowanej klienteli. Co ciekawe, spodziewaliśmy się, że w takiej "dziurze" nasze kieszenie nie będą zbyt mocno nadwyrężane. Nic bardziej mylnego. Ceny w knajpkach nie odbiegały znacząco od tych wielkomiejskich. Za to owoce w sklepie relatywnie tanie. Przy okazji zobaczyliśmy jak się dba o czystość w sklepie, gdzie połowę asortymentu stanowiły produkty mięsne, a drugą - owoce i warzywa. Kiedy poprosiliśmy sprzedawcę o połówkę arbuza, ten przyodziany w strój rzeźnika otarł długi niczym maczeta nóż o swój (co najmniej) całodniowy fartuch, po czym sprawnym gestem ukroił żądany przez nas kawałek. Można? Cafayate to również mieścina z najlepszymi empanadami, jakie nam było posmakować oraz lodziarnią, w której serwuje się lody o smaku... wina.


Tuż po przyjeździe od razu otrzymaliśmy lawinę ofert noclegowych, do których mieliśmy jakieś "ale...", więc spokojnie ruszyliśmy w stronę głównego placu. Nieopodal rodzinny pensjonat prowadziło starsze, sympatyczne małżeństwo i żałować wypada, że dzieliła nas bariera językowa. Chcąc w pełni poczuć wioskowy klimat, zdecydowaliśmy się na trzy noce. Oczywiście czas zweryfikował te plany, gdyż w momencie wyjazdu okazało się, że... akurat w czwartek trwa ogólnokrajowy protest przewoźników i nikt nas nie zabierze do Salty. I nic to, że dzień wcześniej kupiliśmy bilety bez żadnego problemu. Mało tego, goszczący nas Państwo jakoś nie byli specjalnie zdziwieni, gdy wróciliśmy do nich na jeszcze jedną noc. "Strajk? Aaa, tak..." - stwierdzili, jakby to była oczywista oczywistość nie robiąca na nikim specjalnego wrażenia. Szczerze? Taki obrót spraw wcale nie spowodował negatywnych emocji, bo Cafayate to mieścinka, w której naprawdę dobrze się czuliśmy.

Góry w pobliżu Cafayate imponują kolorami! (foto: wnieznane.pl)

Z pomocą agencji turystycznej ruszyliśmy w pobliskie pasmo gór, zwane Quebrada de las Conchas (inna nazwa - Quebrada de Cafayate). To co zrobiła woda, wiatr, temperatura z naturą, w głowie się nie mieści! Powszechnie uważa się, iż jest to jedna z najbardziej malowniczych tras w Ameryce Południowej i przypuszczam, że nie ma w tym krzty przesady. Po kilkunastu kilometrach zatrzymujemy się na poboczu, żeby przespacerować się po okolicy i podziwiać rozciągające się góry. "Gustavo" opowiada po hiszpańsku o krajobrazie, historii okolic, ale nie jesteśmy w stanie załapać, o czym dokładnie mowa. Trochę szkoda... Brak znajomości języka wynagradzają dalsze widoki. Podczas wycieczki oglądamy formy skalne, które przypominają m.in. ciuchcię, żabę czy też obelisk. Jednak największe wrażenie robią Amfiteatr oraz Gardziel Diabła. Do pierwszego z nich wchodzimy przez pewnego rodzaju korytarz, po czym wnętrze stanowi okrąg i stąd nazwa tej ciekawostki przyrodniczej. Każdy znajduje dla siebie miejsce, gdzieś na kamieniu, z boku czy też centralnie przed lokalnym artystą, który przyśpiewuje przygrywając na gitarze. Podobało się? No to daj "piątaka”. Finał wycieczki to wspomniana wizyta u "diabła”. Słońce coraz niżej schodzi, idealnie oświetlając pofałdowane skamieniałości. Wnętrza Gardzieli robią oszałamiające wrażenie. Trochę wdrapywania po płytach skalnych, przeskakiwanie z kamienia na kamień... w otoczeniu odcieni pomarańczowego koloru. I jeszcze gdzieś tam pojawiło się trochę zieleni. Miejsce iście zjawiskowe!


Winnice. Nie ma co ukrywać, iż Cafayate jest kolejnym miejscem, które warto odwiedzić ze względu na wino. Region słynie z produkcji bialych winogron zwanych Torrontes. Słodkie w smaku, są charakterystyczne dla tej prowincji. Tajemnica wyjątkowości tkwi głównie w odpowiednim nachyleniu stoków względem słońca, sporych wahaniach temperatur w ciągu doby, a także odpowiedniej wilgotności. To sprawia, że procesy dojrzewania owoców przebiegają w naturalny sposób. Specyficzny mikroklimat ma również przełożenie na samą produkcję wina, choć to jest robione dość nowoczesnymi metodami. Zresztą o tym można usłyszeć w okolicznych winnicach, których nie brakuje. Ich oferta dla turystów jest zróżnicowana - od darmowego zwiedzania połączonego z poczęstunkiem, po oprowadzanie z degustacją za niemałe pieniądze. Małe, skromne, nastawione na dość niską produkcję, jak i te większe, w pełni profesjonalne nastawione na masową sprzedaż. Temat wina idealnie wieńczy lodziarnia prowadzona przez starszego jegomościa. Oprócz klasycznych, do wyboru mamy również smaki wina - białego Torrontes oraz czerwonego Cabernet. Czy smaczne? Trzeba się przekonać samemu :-)

Z tego również słynie Cafayate (foto: wnieznane.pl)

Wypad w pobliskie góry czy też wizyta w winnicach to nie jedyne atrakcje, które oferuje ten region. Oczywiście można wziąć jeszcze całodniową wycieczkę do Cachi czy okolice Tafi del Valle. Jednak warto wybrać się poza miasto, żeby obejrzeć malownicze wodospady. Wystarczy przejść 5 kilometrów  w okolice rzeki Colorado i podążać wzdłuż niej przez około 1,5 godziny. Tak przynajmniej wynikało z książkowego przewodnika, co brzmiało na swój sposób niczym tajemnicza zagadka lub fragment baśni, w której do odkrycia jest garnuszek ze skarbem na końcu trasy. Z tą różnicą, że nie było żadnej wzmianki o tym, iż... z pomocą przyjdzie lokalny przewodnik. Po dotarciu do końca drogi ni stąd, ni zowąd pojawił się człowiek, który na pierwszy rzut oka nie wzbudzał zaufania i na dodatek zaoferował swe usługi przewodnika. Nastąpiła pewna konsternacja, bo jak to? Czyżby szlak był na tyle trudny, że wymagał dodatkowego wsparcia? Czy można zbłądzić? Czy gdzieś czekają jakieś "niebezpieczeństwa"? Czy może jest to po prostu próba wyciągnięcia kasy od turystów? Z racji przebytych już kilku kilometrów pieszo stwierdzamy, że nie ma co zawracać. "Ryzykujemy" i... idziemy! Po chwili dołączyła do nas starsza para ze Szwajcarii i w pięcioosobowym składzie ruszamy w poszukiwaniu wodospadów. Malownicza droga wiodła przez kamienie, głazy, brodzimy więc po kolana w orzeźwiającym strumyku, który momentami był dość rwący. Nad nami gdzieś tam krążyły kondory. Decyzja o pójściu z przewodnikiem była jedną z lepszych, jakie podjęliśmy. Kilka godzin w górach, w pobliskim Cafayate było świetnym przeżyciem i wartym swej ceny, zresztą niewygórowanej. Jednocześnie była okazja nie tylko do zachwycania się naturą i krajobrazami, ale również porozmawiania ze Szwajcarami, którzy zaproponowali nam podwózkę z powrotem do miasteczka. Miły gest, nie jedyny ze strony Europejczyków.

Najdalej na północ

Cafayate nie chciało nas wypuścić ze swych granic za sprawą strajku kierowców. Ostatecznie w piątkowy ranek bez problemu pakujemy się do autokaru, wraz z innymi towarzyszami podróży, których znaliśmy z widzenia. Ponownie była okazja, żeby popodziwiać widoki za oknem, kiedy jechaliśmy przez Quebrada de las Conchas. Po kilku godzinach wjeżdżamy do Salty, w której nie sposób nie zauważyć zielonego wzgórza. Na dworcu przebierają już nogami oferujący noclegi. Los się do nas uśmiechnął, gdyż od razu zagadnął nas człowiek z HI Hostel Backpackers Suites. To właśnie tam chcieliśmy się zatrzymać. Małym "problemem" był fakt, iż miejscówka była położona dobre 15-20 minut pieszo od dworca, co przy kilkunastu kilogramach na plecach nie uśmiechało nam się za bardzo. Jednak "agent" nie znając naszych obiekcji, od razu zaproponował taksówkę na koszt hostelu. Miły gest. W hostelu się okazało, że... akurat nie mają dwójki, więc otrzymaliśmy w tej samej cenie pokój 4-osobowy z zapewnieniem, że żadnych towarzyszy nam nie wrzucą do pokoju i... tak też się stało. A warunki? Najlepsze podczas całej podróży po Argentynie. Pewnie z uwagi na fakt, iż hostel jest dość nowy.

Salta w pełnej krasie (foto: wnieznane.pl)

Nie tracąc dnia ruszamy na główny plac w Salcie. Jednak najpierw wstępujemy do pobliskiego lokalu na małe co nieco. Akurat zbliżała się pora siesty, więc niemal w ostatniej chwili łapiemy posiłek. Tym razem bierzemy makaron, bo co jak co, ale kuchnia argentyńska zaczęła powszednieć. Ciągle steki lub milanesa (coś w stylu schabowego), mięso kurczaka tudzież lamy z towarzystwem frytek lub sałatek, które są rozumiane jako zestaw z maksymalnie czterech składników - sałata, pomidor, marchewka i cebula. Trochę skromnie jak na polskie realia. Może trzy stoliki zajęte, ale to nie przeszkadzało obsłudze, żeby punkt 16:00 zamknąć drzwi wejściowe na klucz i rozpocząć sprzątanie. W ruch poszły wiadra, ściery, mopy i wszelkie inne akcesoria, i nic to, że akurat w restauracji przebywali goście. Co kraj, to obyczaj. Przynajmniej mają czysto. Kolejne zdziwienie nastąpiło, gdy chcieliśmy wymienić pieniądze. Bank miał być otwarty o godz. 18:00 i choć pozostawało jeszcze sporo czasu, to przed jego siedzibą tworzyły się kolejki. Owszem, to jedyna taka placówka, która była czynna późnym popołudniem, ale... bez przesady. Tym bardziej, że godzinę później niemal bez większego oczekiwania podeszliśmy do okienka. I tylko w okolicach oddziału można było słychać cinkciarzy szepczących "cambio, cambio".


Następnego dnia rano ruszamy na wycieczkę na północ kraju, do Quebrada de Humahuaca. Rozciągający się na 150 kilometrów długości obszar wpisany jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Górzyste tereny, które były niegdyś zamieszkiwane przez osadników. To właśnie tu się toczyły walki o niepodległość Argentyny. To właśnie przez Quebradę wiodła droga do Imperium Inków. Niestety, mimo całej okazałości widoków, miejsc, które dane było nam zwiedzić, cała wycieczka miał charakter dość nachalnie komercyjny. Owszem, zatrzymaliśmy się w  Purmamarce, gdzie rozpościera się widok na górę o siedmiu kolorach. Zawitaliśmy do Tilcary, gdzie odtworzono fragment dawnych zabudowań mieszkalnych i posłuchaliśmy o historii tego obszaru. W Humahuace dostaliśmy czas wolny, co pozwoliło przejść się głównymi uliczkami oraz wejść w okolice pomnika upamiętniającego walki o niepodległość kraju. Zatrzymaliśmy się po drodze, żeby wejść do wnętrz jednego z najstarszych, o ile nie najstarszego kościoła w Argentynie, z wiekowymi obrazami na ścianach. I na koniec podjechaliśmy do San Salvador de Jujuy. Sęk w tym, że co i rusz byliśmy zachęcani do zakupu wszelakich pamiątek sprzedawanych w każdych z tych miejsc. Jescze pół biedy, gdyby były one faktycznie z danego regionu, a nie produkowane w boliwijskich i chilijskich fabrykach.

"Regionalne" wyroby można kupić niemal wszędzie (foto: wnieznane.pl)

Przewodnik już kilka minut po 12 zaciągnął wszystkich do restauracji na obiad, gdzie każdemu wręczono menu dla turystów, w którym ceny były całkowicie oderwane od rzeczywistości. A dopełnieniem tego było naprędce zwołanie pięciu chłopaków, którzy przebrali się błyskawicznie w regionalne stroje i zaczęli przygrywać na fujarkach, bębniąc przy tym. Czy zbierali później drobne w czapkę od turystów, nie dane było nam się już dowiedzieć, gdyż czując co się święci odpuściliśmy tak wczesny posiłek. Woleliśmy odłączyć się od grupy, spotykając się ponownie w określonym miejscu i czasie. Ostatecznie do Salty wróciliśmy z mieszanymi uczuciami.

Oprócz poznawania wspomnianych okolic, zwiedziliśmy również Saltę. Spokojnie, bez pośpiechu ruszyliśmy w stronę wzgórza św. Bernarda, z którego rozpościera się wspaniały widok. Dotrzeć na sam szczyt można na dwa sposoby - pieszo lub wjeżdżając kolejką. Wybraliśmy drugi wariant, z zaznaczeniem, że bilet ma być tylko w jedną stronę. Na górze, oprócz tarasu widokowego, nie brakowało typowo turystycznych miejscówek - kawiarnia, sklepy z pamiątkami, zadbany park z ławeczkami czy też wodne kaskady. Wszystko po to, żeby zatrzymać turystów i mieszkańców jak najdłużej. Po zaliczeniu wszelkich "atrakcji" ruszamy w dół. Okazało się, iż co i rusz ustawione są stacje drogi krzyżowej. Niestety, mocno zaniedbane, wymalowane sprayem tudzież flamastrem. Nie postarano się również o utrzymanie roślinności w odpowiednim stanie. A szkoda. Pozostając nieco przy tematyce religijnej, mijając pomnik gen. Guemesa docieramy do placu 9 de Julio. Przy jednym z głównych placów znajduje się kościół, przy którym ustawiono pomnik Jana Pawła II upamiętniający Jego wizytę w 1987 roku.

Wspomniany plac to nie tylko kościół, pomnik i liczne kawiarenki, ale również muzeum Historyczne Północy, którego wnętrza przenoszą nas o kilka wieków wstecz. W poszczególnych salach wystawione są wszelkiego rodzaju pamiątki, od drobnych monet, szat, obrazów przez pojazdy sprzed ponad 100 lat, na karawanach dla dzieci kończąc. Warto tu zajrzeć, tym bardziej, że wstęp nie kosztuje zbyt wiele, a zdecydowanie przybliża historię regionu.

Wielki finał!

Ostatnim przystankiem na naszej trasie przed powrotem do Buenos Aires były wodospady Iguazu. Biorąc pod uwagę, że z Salty na pogranicze Argentyny, Brazylii i Paragwaju jedzie się autokarem około doby, zdecydowaliśmy się na samolot. Różnica w cenie nie była na tyle bolesna, żeby męczyć się 24 godziny w fotelu autokaru, zamiast spędzić niespełna 2 godziny w powietrzu. Oszczędność czasu ewidentna. Im bliżej było do celu, tym bardziej zmieniał się krajobraz. Zamiast górzystych terenów, za małym okienkem zieleniło się od drzew regionu Misiones. I poniekąd nagle, gdzieś tam w lesie, między drzewami wyłonił się pas, na którym koła samolotu obsługiwanego przez Aerolineas Argentinas skleiły się z podłożem. Jeszcze dobrze nie opuściliśmy hali przylotów, a już zasypano nas ofertami od taksówkarzy i przewoźników. Najtaniej wychodzi wzięcie busika.

Puerto Iguazu okazało się znacznie odmienne od znanych nam miast. Brakowało wyraźnego centrum, placu, przy którym toczy się życie towarzyskie. Miejsca, w którym spotykają się starzy i młodzi, żeby przy butelce złocistego Quilmesa czy Salty (to również nazwa piwa) lub popijając mate porozmawiać o pogodzie, piłce nożnej oraz wszystkim i niczym. Jest za to siatka przecinających się ulic, mniej lub bardziej prostopadle do siebie. Są za to liczne miejsca noclegowe, od tanich hosteli, przez hotele o średnim standardzie, a na typowych resortach kończąc. Wiadomo, przecież wszyscy tu ściągają, żeby móc podziwiać siódmy cud natury, jakim są wodospady. To automatycznie przekłada się na ceny w sklepach oraz restauracjach. Zresztą za nocleg też mieliśmy zapłacić najwięcej podczas całej podróży, ale za sprawą naganiacza, który nas zgarnął na dworcu autobusowym zapłaciliśmy... połowę ceny, co widząc po minach pracowników hostelu lekko im się nie spodobało. Inna sprawa, że już nie mieli zbytniego wyboru.

Siódmy cud świata

Nasze plany nie różniły się pewnie znacząco od tych u mijanych na ulicach osób. Mając do dyspozycji trzy dni na miejscu, nastawiliśmy się na pełne zwiedzanie argentyńskiej strony, a jak czas pozwoli - brazylijskiej. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy, a przynajmniej tak nam się wydawało, gdy w pośpiechu wpadliśmy niemal do pustego autobusu. "Pewnie z racji tego, że jest przed 9:00 nie ma tłumów" - pomyśleliśmy. Po kilkunastu minutach wszystko było już jasne. Kierowca się zatrzymał i wszyscy zostali poproszeni o przygotowanie paszportów. Kontrola? Owszem, ale... na granicy argentyńsko-brazylijskiej. Okazało, że jedziemy do Iguazu, ale nie wodospadów lecz do Foz do Iguazu, czyli brazylijskiego miasta - odpowiednika Puerto Iguazu. Kontrola dość szybka i pobieżna - ograniczyła się jedynie do wbicia pieczątki "Argentyna - wyjazd". Kilkaset metrów dalej procedura się powtarza, z tą różnicą, że jako jedyni... zostajemy na brazylijskim przejściu, a autobus pojechał dalej. W dokumentach widnieje świeży granatowy tusz układający się w słowa potwierdzające naszą wizytę w kraju kawy. Wszystko pięknie, ale... nie mamy tutejszych pieniędzy, portugalskiego nie znamy i czekamy na jakimś przystanku dzierżąc dwa bilety do Foz. Po kilkunastu minutach przyjeżdża "wybawca". Podczas jazdy widzimy znaki kierujące do wodospadów, ale my jedziemy w przeciwną stronę, do ścisłego centrum miasta. Jak się później okazało, całkowicie niepotrzebnie, bo mogliśmy wysiąść znacznie wcześniej i złapać autobus zmierzający do naszego celu. Ostatecznie lądujemy na dworcu autobusowym, gdzie bez problemu mając argentyńskie peso kupujemy bilety komunikacji miejskiej. Co ciekawe, dobra 1/3 pojazdu przeznaczona jest dla... kierowcy i kontrolera. Po minięciu kołowrotków stajemy się szczęśliwcami znajdującymi się w pozostałych 2/3. Niezły system, który raaaczej by się nie sprawdził w polskich miastach.

Po brazylijskiej stronie... (foto: wnieznane.pl)

Przygoda przygodą, ale czas upływał i pojawił się niepokój czy wszystko zdążymy obejrzeć. Okazało się, że obawy były zbędne. Po dotarciu do Parque Nacional Do Iguacu w kasie kupujemy bilety i po chwili siadamy w klimatyzowanym autokarze, który zawozi turystów w okolice Rio Parana. W międzyczasie płyną z głośników informacje, także po angielsku, o całym rezerwacie. Turystyczny szlak wiedzie wzdłuż rzeki i niemal od razu można dostrzec pierwsze strumienie wody spadające w dół z kilkunastru metrów. Z biegiem czasu widoki stają się coraz bardziej imponujące! Nie jest w stanie tego zmącić dość wysoka wilgotność. Wody szum, turystów tłum i tak niemal przez trzy godziny... Banałem jest stwierdzenie, że widoki robiły ogromne wrażenie. Kulminacyjnym punktem brazylijskiej strony jest platforma, usytuowana nad wodą, w miarę blisko wodospadów. Oblegana przez miejscowych i obcokrajowców, ale nie ma się co dziwić, jeśli można mieć zdjęcie z "Garganta del Diablo" w tle. Już z tej perspektywy niemal 80 metrów wody spadającej w dół ekscytuje. A to przecież dopiero przedsmak, bo następnego dnia czeka nas wizyta po przeciwnej, właściwej stronie.

Powrót do Argentyny był już na totalnym luzie. Wysiedliśmy jak najbliżej przejścia granicznego i spacerkiem pożegnaliśmy Brazylię, żeby po chwili ponownie dostać pozwolenie na 90 dni pobytu w ojczyźnie Diego Maradony. Wkrótce zgarnął nas miejski autobus i późnym popołudniem lądujemy na miejscu. Będąc w Puerto Iguazu i mając trochę wolnego czasu przespacerowaliśmy się do krańca miasta i... kraju, żeby jednocześnie ogarnąć wzrokiem Paragwaj na zachodnim i Brazylię na wschodnim brzegu rzeki.

Następnego dnia, choć ruszyliśmy z samego rana na dworzec autobusowy, już nie popełniliśmy błędu. Spokojnie ustawiliśmy się do kolejki, kupiliśmy bilety i pojechaliśmy w stronę Cataratas del Iguazu. Infrastruktura nie powalała na kolana. Do tego doszedł fakt, iż... jako obcokrajowcy zapłaciliśmy za wejście najwięcej. Jednak wszystko miało zostać wynagrodzone przez naturę i... tak właśnie było. Argentyńska strona pozwala na bliskie podejście do wodospadyów, poczuć krople lejącej się wody, mieć wszystko niemal na wyciągnięcie ręki. Do tego małpki, coati czy ptaki towarzyszyły w zwiedzaniu. Rezerwat jest znacznie rozleglejszy i wymaga więcej czasu. Co prawda, w kasie można kupić bilet na drugi dzień za połowę ceny, ale w naszym przypadku nie było to konieczne. Spacerując normalnym tempem i odwiedzając wszystkie miejsca, wystatczyło kilka godzin. Owszem, dłużej niż w Brazylii, ale też nie na tyle, żeby tu wracać ponownie. Dodatkową atrakcją tej części Parku Narodowego jest możliwość przepłynięcia na wyspę. Pierwotnie pod stopami trzeszczą suche liście, ale im bliżej wodospadów, tym zieleń staje się żywsza, soczysta, po prostu piękniejsza! Wkrótce wracamy na ląd, żeby zapakować się do wagoniku wiozącego turystów do wielkiego finału. Diabelska Gardziel!

...i argentyńskiej stronie wodospadów Iguazu! Gardziel Diabła! (foto: wnieznane.pl)

Co ciekawe, z każdym krokiem, idąc kładką nad spokojną rzeką, nic zapowiada istnego żywiołu. A jednak! Niewyobrażalne ilości spokojnej wody spadają bezwiednie w dół, kotłując się gdzieś 80 metrów niżej, wytwarzając przy tym parę, kropelki, które otulają wszystkich turystów. Magiczne miejsce, od którego nie można oderwać wzroku. Ta woda płynie, płynie i płynie, żeby ot tak... Nieopisana sprawa. Serie zdjęć, klatka za klatką, jeszcze jedno ujęcie, jeszcze jeden kadr, jeszcze... Koniec. Pora wracać, a szkoda...

Pożegnanie z A...rgentyną

Jednocześnie koniec wizyty w Puerto Iguazu stał się znakiem, że jeszcze chwila i będzie trzeba się pożegnać z Argentyną. Owszem, mieliśmy jeszcze kilka dni w Buenos Aires. Jednak gdzieś podświadomie się czuło, że wkrótce przestawimy się o 4 godziny do tyłu, że zmienimy nawyki kulinarne, tryb, podejście i sposób życia. Te trzy tygodnie podróży można byłoby zamienić na trzy miesiące i... na swój sposób mogłoby być nadal mało. Oczywiście wówczas nasza trasa byłaby znacznie dłuższa, urozmaicona, świadoma, pozwalająca na jeszcze bliższe poznanie mieszkańców i ich kultury. Nie zmienia to faktu, że 21 dni w Argentynie było niesamowitym przeżyciem, które dało jednocześnie sporo radości i poczucie, że... jeszcze jest tam po co wrócić.




Jeśli dotarłeś aż do tego miejsca - dziękujemy za poświęcony czas! :-) Jeżeli masz go trochę więcej i zastanawiasz się gdzie pojechać... zapraszamy do przeczytania relacji i objerzenia zdjęć z innych naszych wypraw:
Bratysława •  Beauvais •  Cypr •  Rzym i Watykan •  Bodrum •  Praga •  Londyn •  Kordoba •  Mediolan •  Lizbona •  Liverpool •  Ateny •  Santorini •  Brugia •  Kadyks •  Gozo •  Buenos Aires •  Haarlem •  Kijów •  Piza •  Toledo •  Madryt •  Wyspy Kanaryjskie •  Barcelona •  Salzburg •  Edynburg •  Costa de la Luz •  Bergamo •  Fethiye i Oludeniz •  Algarve •  Kusadasi •  Andaluzja •  Kopenhaga •  Włochy Północne •  Riwiera Turecka •  Zakynthos •  Katalonia •  Alpy Austriackie •  Chorwacja •  Wenecja •  Palanga i Lipawa •  Czarnogóra •  Florencja •  Korfu •  Malta •  Kalabria •  Alicante •  Jerez de la Frontera •  Brno •  Bretania •  Peloponez •  Paryż •  Fatima •  Trondheim •  Chopok •  Saloniki •  Wilno i Troki •  Segowia •  Ronda •  Kreta •  Gibraltar •  Thassos •  Gandawa •  Dublin •  Irlandia •  Bruksela •  Stambuł •  Sewilla •  Rodos •  Mykonos •  Chalkidiki •  Wiedeń •  Budapeszt •